tu jesteś:   STRONA GŁÓWNA
Poznaj Tatry
NATURA
   Zielony Świat Tatr
   Zwierzęta Tatr
   Klimat, Skały i Wody
   Kronika wydarzeń przyrod.
KULTURA
   Historia
   Etnografia
AUDYCJE RADIOWE
ATLAS ROŚLIN
ATLAS GRZYBÓW
ATLAS ZWIERZĄT
PANORAMY TATR
INNE GÓRY
BLOG / NEWSY
WSPÓŁPRACA


Kronika wydarzeń przyrod.
Nic dwa razy się nie zdarza

Nic dwa razy się nie zdarza

Niedawno ktoś spytał, czy nie nudzi nas takie pisanie w kółko o tym samym. Że niedźwiedzie poszły spać, a za kilka miesięcy, że właśnie wstały. Że orły odbywają loty tokowe, a kruki już siedzą na jajkach. Że urodziły się koziczki, a świstaki dopiero zaczynają gody. Może gdyby na życie zwierząt w Tatrach patrzyć tylko przez pryzmat ogólnych prawidłowości, byłoby to nieco nudne. Na szczęście nic dwa razy się nie zdarza. Żadnego z sześciu poprzednich zimowych odcinków nie dałoby się w całości wykorzystać w tym miejscu, nawet po generalnych poprawkach.

Zima nie należała do wilków

Przeciwną wersją tych słów przed sześciu laty zaczynaliśmy nasze kroniki tatrzańskiej fauny. Przez ostatnie lata zdanie „zima należała do wilków” całkiem nieźle pasowało do rzeczywistości. Jednak tym razem tak napisać nie możemy. Wilki ciągle są bardzo aktywne, ale chyba coraz trudniej jest im zdobyć pożywienie. Pogłowie jeleni wyraźnie spadło. Trudno powiedzieć, czy już osiągnęło poziom krytyczny i niebawem pociągnie za sobą znaczny spadek liczebności wilków, czy też jeszcze trochę to potrwa.

Przez całą zimę wilki poszukujące jeleni tropione były niemal na całym leśnym obszarze TPN. 1 lutego jednego osobnika ścigającego trzy łanie zaobserwowano na skalistym zboczu Nosala (inf. Andrzej Światłowski). Na początku marca zagryzionego przez wilki jelenia znaleziono przy drodze na Zazadniej. Kilka dni wcześniej ranny jeleń schronił się przy zabudowaniach na Polanie Brzanówka. Goniące go wilki nie zbliżyły się do budynku i zrezygnowały z dalszego polowania (inf. Andrzej Krzeptowski Sabała). Ponad górną granicę lasu wilki raczej nie wychodziły. Zdarzało się to natomiast bezpańskim psom. Jeden z nich 10 marca zapędził się w ślad za taternikami na środkowe żeberko Skrajnego Granatu. Drogi jednak nie ukończył, bo utknął na pierwszym wyciągu. Tym razem obyło się bez interwencji TOPR. Po dłuższej chwili żałosnego ujadania psu udało się szczęśliwie wycofać.

Jak co roku, w najwyższych partiach Tatr nie brakowało śladów lisów. Niezbyt gruba pokrywa śnieżna ułatwiała im poszukiwanie pokarmu. Dopiero w marcu przykurzyło nieco mocniej i głęboki śnieg zaczął im utrudniać życie. Z nadmiarem śniegu w ciekawy sposób poradził sobie lis schodzący 9 marca ze Świńskiej Przełęczy. Gdy już był prawie na dnie Świńskiego Kotła, zdecydował się zawrócić do góry po własnych śladach. Na grani śnieg był wywiany, więc dość łatwo przedostał się w stronę Pośredniego Goryczkowego i ponownie zaczął schodzić w dół, w stronę śladu pozostawionego przez narciarza. Po tym śladzie, już bez większego wysiłku, dotarł do Goryczkowej.

Dość dużo było tej zimy tropów kun. Jak zwykle, bardzo rzadko tropiono rysie, na przykład 17 stycznia w Dolinie Miętusiej (inf. Andrzej Kapłon), 27 stycznia pod ścianą Zawratu Kasprowego, 4 marca w rejonie Rybich Stawków (inf. Marcin Strączek Helios), a 20 marca w okolicy Pieca. Natomiast 19 stycznia pomiędzy Molkówką a Lejowcem tropiono kotkę z dwójką młodych.

Zabierzcie swoje sarenki

W minionych latach bardzo trudno było zobaczyć w środku zimy tropy jeleni w górnym reglu. Ponad lasem praktycznie było to niemożliwe. Pokrywa śnieżna zmuszała tych wielkich przeżuwaczy do wędrówek w dół, w poszukiwaniu łatwiej dostępnego pokarmu. Tej zimy było zupełnie inaczej. Aż do końca stycznia śniegu w górnych partiach Tatr było niewiele więcej niż w Zakopanem. W lutym sytuacja zmieniła się bardzo nieznacznie. Na spotkanie z jeleniem równie dobrze można było liczyć w Pańszczycy, na Kopie Magury, jak i na Antałówce czy Małym Żywczańskim.

Sześć lat temu jeleń w centrum Zakopanego tak zimą, jak i latem wzbudzał sporą sensację. Dziś właściwie stał się już elementem fauny synurbijnej (przystosowanej do życia w mieście). Mieszkańcy i władze kurortu ciągle jednak nie do końca wiedzą, jak reagować na obecność tych zwierząt w opłotkach. Ciągle powtarzają się telefony, próbujące wymóc na służbach TPN jakieś działania, czy to dokarmianie, czy wręcz zapędzenie zwierząt z powrotem do lasu. Bardzo trudno jest wytłumaczyć ludziom, że zwierzyna, wychodząc z parku, z mocy prawa przestaje być pod opieką jego pracowników. Choćby chcieli, nie mogą się nią zajmować.

Po raz kolejny przypomnijmy więc, że TPN z woli lokalnych samorządów ma tylko szczątkową otulinę, a w ogóle nie ma strefy ochronnej zwierzyny. Zwierzyna, opuszczając park, automatycznie przechodzi pod opiekę starosty i lokalnych kół łowieckich. Żaden jeleń, niedźwiedź czy wilk nie jest własnością parku. Póki jest na terenie Polski, formalnie stanowi własność Skarbu Państwa, ale żyje w stanie wolnym. Park nie jest ogrodem zoologicznym. Co prawda staramy się inwentaryzować występującą na naszym terenie faunę i pilnujemy, aby na naszym terenie nie działa jej się krzywda, ale jej tu nie więzimy. Każde zwierzę w każdej chwili może bez przeszkód park opuścić. Służby parku nie mają prawa go przed tym powstrzymywać ani zaganiać z powrotem. O ile taki emigrant nie należy do gatunku chronionego, opuszczając park, staje się automatycznie zwierzyną łowną.

Świstak – gwiazda mimo woli

Zimą bardzo rzadko wspominaliśmy o świstakach. Zwykle działo się to, gdy jakiś niecierpliwy osobnik zbyt wcześnie się obudził i wyszedł z nory. Tej zimy parkowe służby nie odnotowały takich wydarzeń. Jednak sen świstaków nie był chyba zbyt spokojny i to wcale nie dlatego, że śnieg niezbyt szczelnie otulił tatrzańską ziemię. W swych podziemnych barłogach, wyścielonych suchym siankiem, świstaki musiały mieć chyba niezłą czkawkę, bo stały się podmiotem niemal sensacyjnych doniesień medialnych.

W grudniu Správa TANAP-u ogłosiła na swej stronie internetowej, że według badań genetycznych przeprowadzonych niedawno przez naukowców Uniwersytetu Technicznego ze Zwolenia tatrzański świstak różni się od alpejskiego pod względem genetycznym. Badania te potwierdziły, że jest endemitem wymagającym szczególnej ochrony.

Pod koniec stycznia, tuż przed tak zwanym Dniem Świstaka, newsa podchwycił słowacki dziennik „Sme”. Informację podano w bardzo sensacyjnym tonie, ale dość rzetelnie. Dopiero gdy ktoś bezmyślnie przetłumaczył tę wiadomość ze słowackiego na nasze, okazało się, że „świstak tatrzański jest bliskim kuzynem świstaka alpejskiego, ale to nie ten sam gatunek”. Taka oto sensacyjna wiadomość, oczywiście powołująca się na słowackich naukowców, pojawiła się następnego dnia na kilku polskich portalach internetowych.

Naukowcy ostatnio często weryfikują przynależność gatunkową organizmów przy pomocy metod genetycznych. Niektóre gatunki bywają dzielone na kilka innych, czasem dzieje się odwrotnie, i dwa gatunki uważane za odrębne bywają łączone w jeden. Póki co świstak tatrzański pozostaje tylko endemicznym podgatunkiem świstaka. Tylko podgatunkiem albo aż podgatunkiem. Natomiast co tak naprawdę odkryli słowaccy naukowcy, dowiemy się dopiero wówczas, gdy zdecydują się oni opublikować wyniki swoich badań w czasopiśmie uznawanym przez świat nauki. Życzymy im i tatrzańskiemu świstakowi miejsca na okładce w tych najbardziej prestiżowych – choćby i „Nature” lub „Science”.

Kłusownictwo czy odstrzał sanitarny?

W pierwszej połowie marca te same media, które zelektryzowały nas informacjami o nowym gatunku świstaka, podały znacznie bardziej prawdopodobną informację o skłusowaniu jelenia w centrum Zakopanego. Działo się to poza parkiem narodowym, mamy więc ograniczony dostęp do informacji będących w posiadaniu nadzorowanych przez starostę służb. Biorąc jednak pod uwagę okoliczności, jesteśmy skłonni podejrzewać, że nie było to kłusownictwo, a „odstrzał sanitarny”. Niestety taki jest los większości rannych jeleni, także na terenach chronionych. A jelenie dokarmiane przez mieszkańców Zakopanego czasem ulegają wypadkom komunikacyjnym lub dotkliwie kaleczą się na ogrodzeniach.

Po tygodniu internetowe wydanie tego samego tygodnika, który rozpoczął całą aferę, sprostowało, że to nie kłusownicy zabili byka, a „leśnicy uśpili ranną łanię, opatrzyli i wypuścili”. Wersja bardzo poprawna politycznie, ale niestety mało prawdopodobna.

Niedźwiedź czy wandal?

W poprzednim numerze opisywaliśmy dewastację świstaczej nory w Dolinie Jaworzynki. Po tym artykule spotkaliśmy się z krytycznym głosem twierdzącym, że sprawcą tego rozkopania nie byli nie kłusownicy a niedźwiedź. Czujemy się więc w obowiązku wyjaśnić, dlaczego nadal uważamy, że jednak byli to ludzie. Przede wszystkim dlatego, że wykopana ziemia nie była bezładnie rozrzucona po stromym stoku, ale ułożona tuż obok i uklepana w kopiec imitujący świstaczą halnię. Mając w pamięci różne sceny z udziałem niedźwiedzi, które kopiąc w ziemi rozrzucają potężne skały w promieniu kilku metrów, trudno jest nam wyobrazić sobie osobnika delikatnie odkładającego darń na kupkę. Z drugiej strony, działający w pośpiechu kłusownik też powinien narobić tu większego bałaganu. Chyba że starał się, aby jego dzieło zniszczenia było jak najmniej widoczne z daleka. W momencie odkrycia faktu rozkopania świstaczej nory, w okolicy nie było świeżych śladów bytności niedźwiedzia. Pojawiły się one dopiero kilka dni później. Być może to zmyliło naszego oponenta.

Opisując zdarzenia na podstawie śladów, staramy się odtworzyć je możliwie wiernie. Jednak działamy tylko w sferze pewnego prawdopodobieństwa. Zawsze istnieje możliwość, że w rzeczywistości wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Tak więc i w tym wypadku możemy się mylić, jednak ślady wskazują, że bardziej prawdopodobny jest tu udział ludzi. W polskich Tatrach nadal nie mamy odpowiednio udokumentowanych przypadków rozgrzebywania przez niedźwiedzie świstaczych nor. Podejrzewamy jednak, że czasem tak się dzieje, bo zdarza się to na Słowacji. Jak informuje Správa TANAP-u, sytuacja taka miała miejsce choćby w nocy z 20 na 21 września 2009 r. w Tatrach Zachodnich i to w kolonii świstaków stale monitorowanej za pomocą internetowej kamery. Niestety atak niedźwiedzia nie został zarejestrowany, jednak – jak przekonują Słowacy, wielkiemu roślinożernemu drapieżnikowi tym razem nie udało się dopaść ani jednego świstaka.

A jednak się boją

W lutym dotarły do nas wyniki badań stężenia hormonu stresu w odchodach kozic. Próbki były zbierane przez cały ubiegły rok w rejonach poddanych silnej presji turystycznej, taternickiej i narciarskiej, oraz w oazach spokoju. Zamrożone kozie bobki przetransportowano samolotem do Madrytu, gdzie zostały poddane analizie laboratoryjnej. Wyniki są obecnie opracowywane statystycznie. Możemy chyba jednak nieco uchylić rąbka tajemnicy i napisać, że kozice żyjące w sąsiedztwie uczęszczanych szlaków i w rejonach udostępnionych taternikom są znacznie bardziej zestresowane niż te, które mają niewiele szans na spotkanie z człowiekiem. Więcej szczegółów podamy, gdy praca przebrnie przez sito naukowych recenzji.

Ktoś mógłby rzec – po co te badania, skoro to jest sprawa oczywista. Może i tak, ale dlaczego tak często słyszymy relacje w stylu: „Mieliśmy bliskie spotkanie z kozicami. W ogóle się nas nie bały”.

Cap w kosówkach

Poprzednio opisywaliśmy dziwne zachowanie kozic w rejonie Hali Gąsienicowej podczas październikowych zawirowań pogodowych. Okazuje się, że na tym nie koniec. W połowie grudnia przez kilka dni obserwowano capa, który upodobał sobie niewielką polankę ukrytą wśród gęstych zarośli kosodrzewiny na zboczach Uhrocia Kasprowego, nad Halą Gąsienicową. Polanka ta, porośnięta borówkami, była przez ostatnie lata jednym z ulubionych miejsc żerowania niedźwiedzi. Ale dla kozic nie jest to wymarzone środowisko. Wolą one otwartą przestrzeń i niezbyt dobrze poruszają się w gąszczu kosodrzewiny. Mała polanka, bez skałek dających schronienie, była chyba dla tego capa czymś w rodzaju pułapki.

Świetne warunki do spędzenia zimy oferuje natomiast kozicom Zawrat Kasprowy. Z jednej strony mur skalny, na którym można schronić się przed prześladowcami lub wygrzewać w promieniach słońca. Zawsze też można tu łatwo dostać się do roślinności, bo śnieg na tej stromiźnie się nie utrzymuje. Z drugiej strony stromy stok, porośnięty niezbyt gęstym lasem. Świetne miejsce, aby ukryć się w czasie zawiei lub dla urozmaicenia przegryźć gałązkę jarzębiny lub wierzby. Także i tej zimy było tu sporo kozic. Na przykład 27 stycznia zaobserwowano kierdel ośmiu kozic w najwyższej części najbliższej Jaworzyńskiej Przełęczy, a kolejne trzy, w tym kozę z ułamanym prawym hakiem, w dolnej części, poniżej otworu jaskini Kasprowej Średniej.

Uboga w śnieg zima bardzo sprzyjała kozicom. Nie miały najmniejszego kłopotu w dostępie do pokarmu. Dlatego nieco zdziwiła nas wiadomość, że pod koniec stycznia pracownicy Správy TANAP-u zaczęli wynosić kozicom suszoną jarzębinę. No cóż, tradycja dokarmiania zwierzyny jest w Tatrach Słowackich bardzo długa. Proceder ten szczególnie nasilony był w rezerwacie łowieckim księcia Hohenlohego. Tam też było największe zagęszczenie zwierzyny. W Polsce parki narodowe mają trochę inne założenia.

Pierwszy niedźwiedź wiosny nie czyni

Co roku staramy się odnotowywać pierwsze wiosenne ślady niedźwiedzi. Może się to wydawać nudne, bo w sumie niewiele z takiej informacji wynika. Niemniej z kronikarskiego obowiązku i tym razem wspomnimy, że pierwsze tropy niedźwiedzia anno domini 2010 pojawiły się w ostatnich dniach lutego w rejonie Polany Rusinowej i Doliny Białki. Ponoć widziana była nawet niedźwiedzica z młodym. W nocy z 2 na 3 marca niedźwiedź miał też pojawić się w okolicy schroniska w Roztoce i, nie zainteresowawszy się zabudowaniami ani śmietnikami, poszedł w stronę Wodogrzmotów (inf. Marcin Strączek Helios). 19 marca niedźwiedź kręcący się pomiędzy Wodogrzmotami a Włosienicą miał ponoć poturbować turystę, pogonić konia i przestraszyć fiakrów. Następnego dnia w lesie koło Wanty miało miejsce bardzo bliskie spotkanie (zbyt wysokiego stopnia) z nim (inf. Wojciech Łukaszczyk). Choć przez dłuższą chwilę trwało spotkanie człowieka z niedźwiedziem na wyciągnięcie kijka trekingowego, tym razem obyło się bez bolesnych pamiątek. Po obu stronach.

Niedźwiedzie problemowe nie biorą się znikąd. Nie mamy pewności, skąd wziął się ten osobnik. Niewykluczone, że „wychował się” właśnie w okolicy Włosienicy. Szczegóły opisywaliśmy w poprzednim numerze „Tatr”.

Hekatomba na asfalcie

Najbardziej niezwykłe, a jednocześnie tragiczne wydarzenie, w którym tej zimy uczestniczyły ptaki, miało miejsce 21 lutego na szosie przecinającej Polanę Biały Potok. Na asfalcie zauważono 31 krzyżodziobów świerkowych rozjechanych przez samochód (lub samochody). Możemy się tylko domyślać, jak doszło do tej hekatomby. Krzyżodzioby często żerują w dużych stadach liczących kilkadziesiąt lub więcej osobników. Prawdopodobnie takie duże stado przysiadło na drodze w poszukiwaniu gastrolitów (drobnych kamieni połykanych przez ptaki, ułatwiających rozcieranie pokarmu), a jakiś kierowca korzystał z dość długiego prostego odcinka drogi i możliwości technicznych nowoczesnych silników. Pewnie nawet nie próbował hamować, licząc na szybkość i instynkt samozachowawczy ptaków. Tymczasem krzyżodzioby to znani koczownicy, wędrujący po Europie i Azji w poszukiwaniu obficie obradzających lasów świerkowych. Stado mogło więc pochodzić z dalekiej północy i w ogóle nie być świadome, jakim zagrożeniem jest samochód.

Obserwacje ptaków w locie były raczej zwyczajne. Orły przednie i sokoły wędrowne widywano dość regularnie, tam gdzie najbardziej się ich spodziewano, ale nie tylko. Para orłów widziana była 9 marca także przy padlinie jelenia w rejonie Wierchu Porońca (inf. Tomasz Dziadoń). Najmniej oczekiwani lotnicy to cztery kormorany nad Białką widziane 7 stycznia i czapla siwa 30 stycznia zauważona nad Kalatówkami, a 2 lutego nad Łysą Polaną (inf. Marcin Strączek Helios).

Tekst: Tomasz Zwijacz Kozica, Filip Zięba

Zdjęcia: Magdalena i Tomasz Zwijacz Kozica


«« Powrót do listy
    Drukuj     Wyślij znajomemu    Ilość odwiedzin   1815

POZNAJ TATRY Copyright © MATinternet s.c. - Z-NE.PL - ZAKOPANE 1999-2017  ::  7226734 odwiedzin od 2007-01-09   ONLINE: 22