tu jesteś:   STRONA GŁÓWNA
Poznaj Tatry
NATURA
   Zielony Świat Tatr
   Zwierzęta Tatr
   Klimat, Skały i Wody
   Kronika wydarzeń przyrod.
KULTURA
   Historia
   Etnografia
AUDYCJE RADIOWE
ATLAS ROŚLIN
ATLAS GRZYBÓW
ATLAS ZWIERZĄT
PANORAMY TATR
INNE GÓRY
BLOG / NEWSY
WSPÓŁPRACA


Kronika wydarzeń przyrod.
Czy niedźwiedzie już śpią?

Czy niedźwiedzie już śpią?

Rok dzieli się na dwanaście miesięcy i cztery pory roku. Pracownicy Tatrzańskiego Parku Narodowego, zwłaszcza ci, mający częsty kontakt z zainteresowanymi przyrodą turystami i mediami, mogliby także podzielić go na podokresy trudnych pytań. Przełom jesieni i zimy to czas, gdy nierzadko kilka razy dziennie musimy odpowiadać na pytanie, czy niedźwiedzie już śpią.

Podokres ten zaczyna się zwykle, zanim jeszcze spadnie pierwszy większy śnieg. W tym roku obfite śniegi przyszły jednak wyjątkowo wcześnie i wyprzedziły pytania o niedźwiedzie sny. Gdy więc w drugiej dekadzie października nastąpił atak prawdziwej zimy, odpowiedź była niezwykle prosta – nie. Bo po pierwsze, to trochę za wcześnie, a po drugie, sporo tropów i innych śladów niedźwiedziej aktywności było aż nadto widocznych w wielu rejonach parku i poza nim.

Bardzo duży trop zauważono 19 października na Drodze Oswalda Balzera powyżej Niżniej Polany pod Wołoszynem. Niedźwiedź zszedł tą drogą na Palenicę Białczańską, a następnie szlakiem w kierunku Rusinowej, jednak wkrótce skręcił w kierunku Łysej Skałki (inf. Marcin Strączek Helios). Wymiary tropu tylnej łapy określono na 28,5 cm długości i 15,5 cm szerokości. Zakładając, że pomiary wykonano poprawnie, możemy przypuszczać, że był to dorosły samiec. Już jednak od dłuższego czasu pomiary tropów nie są uważane za wiarygodną metodę badawczą. Sami mieliśmy okazję przekonać się wielokrotnie, że trop tego samego niedźwiedzia mierzony przez tego samego obserwatora często okazuje się nie być taki sam. Różnice mogą być diametralne, gdy pomiaru dokonują różne osoby.

Po pierwszym tegorocznym ataku zimy niedźwiedzice z młodymi tropiono i widywano w reglowej strefie Tatr Zachodnich i na ich przedpolu. Nęciły je jabłonki rosnące przy samotnych zabudowaniach w Lesie Białego i na Buńdówkach. Najdalej w głąb miasta zapędziły się ulicą Bogdańskiego. 26 października świeże tropy tegorocznego niedźwiadka zauważono na poboczu tej wciąż niezbyt ruchliwej drogi, już po północnej stronie Księżego Lasu, pomiędzy gęstą zabudową.

Mniej więcej w tym samym czasie niedźwiedzica z młodymi widziana była także w pobliżu zabudowań w Kirach, w okolicy Siwej Polany, gdzie nęciły ją śmietniki, a nawet w rejonie Dzianisza, gdzie nietrudno o drzewka owocowe. 12 listopada na Kojsówce dobrała się do pszczelej pasieki. Przyszła tu i następnej nocy, ale w międzyczasie pasieka została przez jej właściciela Wojciecha Dudziaka dokładnie ogrodzona elektrycznym pastuchem. Niedźwiedzicy nie udało się sforsować tej przeszkody. Jako że działo się to już poza granicami parku, choć amator pszczół i miodu był zapewne tatrzańskiej proweniencji, szkody oszacowała Straż Leśna z Nadleśnictwa Nowy Targ. Odszkodowanie w wysokości 1000 zł powinien pszczelarzowi wypłacić Skarb Państwa reprezentowany przez wojewodę małopolskiego.

Często zadawaliśmy sobie pytanie, czy po Podtatrzu chodzi jedna i ta sama niedźwiedzia rodzinka, czy też jest ich więcej. Za tą drugą wersją przemawiała głównie zmienna liczba młodych widywanych bądź tropionych z matką. W Dzianiszu widziano ponoć troje młodych, w Lesie Białego tropiono tylko jedno. Możliwe więc, że były to dwie różne niedźwiedzice. Nie byłoby też żadną sensacją, gdyby było ich nawet trzy. Z drugiej strony, nie można wykluczyć, że obserwatorzy mylili się w ocenie liczebności potomstwa. Zawsze istnieje możliwość, że któreś z młodych nie zostanie zauważone. Wiemy też z całą pewnością, że taka niedźwiedzia rodzina w ciągu jednej długiej jesiennej nocy bez najmniejszego problemu może odwiedzić Buńdówki, Kiry, Siwą Polanę, a nawet Dzianisz. Choćby i kilkakrotnie. Charakterystyczne jest też, że w czasie jesiennych ataków zimy nie odnotowano praktycznie żadnych śladów niedźwiedzic z młodymi we wschodniej części TPN – od Krokwi po Białkę.

Z Tatr Wysokich jedynie 29 października dotarła do nas informacja od przypadkowych turystów, którzy przy bardzo niekorzystnych warunkach pogodowych wybrali się do Zielonego Stawu Gąsienicowego i zauważyli niedźwiedzicę z młodym. Informację udało się zweryfikować dopiero dwa dni później. Nie natrafiono jednak na żaden ślad niedźwiedzicy z młodym, a stwierdzono jedynie samotnego młodego osobnika, który aż do 8 listopada przebywał w okolicy Zielonego i Litworowego Stawu Gąsienicowego oraz w pobliżu dolnej stacji kolejki linowej w Kotle Gąsienicowym. Prawdopodobnie wspomniani turyści, widząc młodego niedźwiadka, wydedukowali, że matka powinna być w pobliżu.

Na wschód od Hali Gąsienicowej też tropiono tylko pojedyncze osobniki. Na przykład na początku listopada samotny, ale niezbyt duży niedźwiedź wygrzebywał śmieci ze śmietnika przy pawilonie gastronomicznym na Włosienicy i wynosił je do pobliskiego lasu. Oczywiście w celach konsumpcyjnych. Identyczne historie zdarzały się tu już w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Wydawać by się mogło, że już umiemy się uchronić przed takimi sytuacjami. Zabezpieczone kontenery, pastuch elektryczny, a przede wszystkim porządek wokół obiektów na terenie parku powinny uchronić niedźwiedzie przed zgubnymi dla nich próbami korzystania z odpadków pozostawianych przez ludzi. Okazuje się jednak, że dłuższe przerwy w kontaktach z problemami niedźwiedziowymi rozleniwiają tak pracowników schronisk, jak i służby TPN. Pastuch niby jest, ale przywalony gałęziami i śniegiem nie pełni swojej funkcji. Kontener niby ma sztaby, ale ktoś zapomniał je zamknąć. Obok kontenera leżą puszki po fryturze. Dużo nie trzeba, aby jakiś niedźwiedź znowu nabrał złych nawyków.

20 września, a więc jeszcze przed pierwszym atakiem zimy, natrafiono na szczątki dużego niedźwiedzia w żlebie pod Goryczkową Czubą. Były to już tylko obrane z tkanek kości i sierść. Niedźwiedź ten prawdopodobnie leżał w tym miejscu nie krócej niż rok. Jak zginął? Trudno zgadnąć. Mógł spaść ze skały, mógł zginąć w lawinie. Innych przyczyn też nie można wykluczyć. Natomiast wymiary czaszki wskazują, że był to kilkunastoletni samiec, a więc osobnik, jakich zaledwie kilka chodzi po całych Tatrach.

*

Jest w Tatrach taki gatunek zwierząt, bardzo cennych i rzadkich, dla których wczesne (ale bez przesady) i intensywne opady śniegu są prawdziwym wybawieniem. To oczywiście świstaki. Pokrywa śnieżna zapewnia świstakom uśpionym w norach dodatkową izolację od wpływu niekorzystnych czynników atmosferycznych, ale nie to jest najważniejsze. Przed chłodem potrafią się one same zabezpieczyć, kopiąc nory pod odpowiednim kątem i zatykając wejścia do nich przed zimą. Mogłyby więc i w bezśnieżne zimy bezpiecznie przezimować, ale niestety ciągle czyhają na nie ludzie, którzy od wieków właśnie jesienią wybierają się w Tatry „grzebść” świstaki. Dopóki nie spadnie śnieg, sprawa jest prosta, ale nie będziemy tu podawać szczegółów, jak odnaleźć świstacze legowisko i jak się dobrać do hibernujących gryzoni. Gdy spadnie śnieg i zamaskuje lokalizacje nor, staje się to praktycznie niemożliwe.

Niestety tej jesieni komuś udało się zdążyć przed październikowym śniegiem i zdewastować jedną ze świstaczych nor. Fakt ten stwierdzono 4 października w Dolinie Jaworzynki. Na szczęście nie dokonał tego specjalista świszczarz, ale raczej jakiś wandal amator. Rozkopana została bowiem nie nora zimowa, w której śpi cała świstacza rodzina, lecz nora letnia, w której w ubiegłym roku przyszły na świat młode. Jak dotąd nie stwierdzono, aby kiedykolwiek w tym miejscu świstaki założyły norę zimową. Podobnie było chyba i w tym roku, dlatego, chociaż zamierzenia sprawcy mogły być inne, rozkopanie nory letniej było raczej aktem wandalizmu niż kłusownictwa...

Pytania o sen zimowy świstaków nie padają tak często jak o sen zimowy niedźwiedzi. W tym wypadku odpowiedź jest prostsza. Oznaką przygotowywania się świstaków do zimy jest znoszenie siana na wyściółkę do gniazda. W tym roku zachowanie takie obserwowano na przykład 10 września na Filarze Świnicy.

Między połową września a połową października zwykle część świstaczych rodzin już hibernuje pod ziemią, ale niektóre mogą jeszcze wykazywać pewną aktywność. W drugiej połowie października zazwyczaj śpią już wszystkie. W tym roku po raz ostatni świstaki widziane były 4 listopada w dolinkach Litworowej i Mułowej (inf. Maciej Klimecki i Radosław Mateja). Jeśli ktoś z czytelników „Tatr” widział je gdzieś po tej dacie, będziemy wdzięczni za informację, zwłaszcza udokumentowaną zdjęciami.

O inne zwierzęta hibernujące w Tatrach – nietoperze, pilchowate, płazy, gady, o bezkręgowcach nie wspominając – raczej nikt nigdy nie pyta.

*

Kiedy będzie liczenie kozic? To pytanie zwykle zadajemy sami sobie od września. I śledzimy prognozy pogody, bo pogoda jest jednym z dwóch kluczowych warunków, od których zależy sens i powodzenie całej akcji. Drugim warunkiem jest jednoczesne liczenie w obu parkach narodowych. A w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało na raz. Bo jak jedni mają czas, to drudzy akurat przygotowują bardzo ważne papierzyska, a jak drudzy już mogą, to ci pierwsi mają kontrolę z ministerstwa. Ostateczny termin został wyznaczony na 19 listopada, choć prognozy pogody były pół na pół – trochę chmur, trochę słońca. Niestety chmur było za dużo, zwłaszcza w Tatrach Zachodnich. Ich niski pułap skłonił Słowaków do przerwania akcji. Wyniki są więc całkowicie niemiarodajne. Podajemy je wyłącznie z kronikarskiego obowiązku. Łącznie w całych Tatrach zaobserwowano 631 kozic, w tym 50 młodych tegorocznych. Po polskiej stronie było ich 159, w tym 19 młodych tegorocznych.

Październikowe zawirowania pogodowe i jednocześnie znikomy ruch turystyczny były prawdopodobnie przyczyną kilku niekonwencjonalnych zachowań kozic. W mglisty, wietrzny i mroźny dzień 14 października kierdel jedenastu kozic podszedł pod sam budynek górnej stacji kolejki linowej na Kasprowym Wierchu (inf. Marcin Nędza Chotarski). Nie jest to częsta sytuacja. Natomiast zupełnie nowym wydarzeniem była wizyta capa na Hali Gąsienicowej. Jak ustalono po tropach, przyszedł on tu dzień wcześniej zielonym szlakiem z Lasu Gąsienicowego. W głąb lasu dotarł wzdłuż Czarnego Potoku spod Małego Kościelca. Wbrew kozicowej naturze, przez dłuższy czas kręcił się po lesie, zwłaszcza upodobał sobie niewielki wąwóz skalny, jaki tworzy Sucha Woda, przecinając ławicę piaskowców kwarcytycznych. Gdy zmęczyło go brnięcie w kopnych śniegach ledwo przetartym szlakiem, wyszedł na ubitą drogę koło oczyszczalni ścieków, gdzie ślad zanikał na twardym podłożu. Przeszedł zapewne obok Murowańca, bo tylko tą drogą mógł się dostać w okolice obserwatorium meteorologicznego, gdzie żerował na wystających ze śniegu zeschłych bylinach. Noc spędził przytulony do ściany strażniczówki Gawra, tuż pod jednym z okien. Następnego dnia trochę pokręcił się po okolicy i poszedł przedeptanym szlakiem w stronę Kasprowego Wierchu. Gdy napotykał pieszych, schodził na bok, ale po kilkudziesięciu metrach wracał na szlak. Tak dotarł do Kotła Gąsienicowego. Tu jednak na widok jadącego z góry narciarza (którym był jeden z piszących te słowa) rzucił się do ucieczki, choć narciarz przystanął około 200 metrów od niego. Najpierw z powrotem ścieżką wydeptaną przez turystów środkiem Kotła, a następnie skręcił w stronę Uhrocia Kasprowego, brnąc w głębokim śniegu aż na grzbiet.

Podobne sytuacje miały już miejsce przed laty, ale nie na Hali Gąsienicowej. W dniach 6–7 stycznia 1967 r. cap przez kilkanaście godzin przebywał na dachu schroniska w Dolinie Pięciu Stawów. Jak w 1969 r. relacjonował we „Wierchach” Leon Podobiński „spowodowany spostrzeżeniem niezwykłego gościa ruch wokół schroniska bynajmniej nie zachęcał go do samodzielnego opuszczenia dachu; został więc z niego spędzony”. Ten sam autor informuje, że we wcześniejszych latach kozice wielokrotnie „dobijały” się ratkami do przybudowanej do schroniska w Pięciu Stawach szopki z sianem.

Po dłuższej przerwie, w okolicy Kasprowego Wierchu znowu pojawiła się kozica z ułamanym prawym hakiem. Najpierw widziana była w kierdelu dwunastu kozic, który 25 października pasł się kilkadziesiąt metrów pod tarasem widokowym kolejki linowej na Kasprowym Wierchu. Kierdel ten niestety nie uszedł uwadze hałaśliwych klientów kolejki. Grupa wyrostków próbowała nawet swych sił w celowaniu śnieżkami do kozic.

Natomiast 1 listopada koza z jednym hakiem, już tylko w towarzystwie tegorocznego koźlęcia, przebywała na skałkach po stronie Doliny Cichej. Czy jest to ta sama koza co przed rokiem – nie wiadomo. Niestety okazało się, że deformacje rogów nie są cechą pozwalającą na stuprocentowe identyfikowanie poszczególnych osobników.

Miesiąc później na nasłonecznionych skałkach nad Doliną Cichą obserwowana była inna koza. Miała ona prawidłowo wykształcone rogi, a ponieważ wiadomo, że o ile nie zdarzy się cud, to raz ułamany hak nigdy kozicy nie odrośnie, możemy mieć pewność, że był to inny osobnik. Koza ta przez kilka godzin przebywała w towarzystwie dwóch tegorocznych koźląt. Jest to o tyle ciekawe, że bliźniaki są u kozic zjawiskiem niezmiernie rzadkim. Należy więc przypuszczać, że jedno z tych koźląt było dzieckiem adoptowanym. Adopcja ta mogła mieć zresztą tylko czasowy charakter.

*

Jelenie pomału stają się już stałym elementem fauny zurbanizowanych obszarów Zakopanego. Na początku listopada chmara tych zwierząt, w tym dwa młode byki, przebywała w bardzo przetrzebionym lasku przy rondzie Jana Pawła II. Powodem takiego zjawiska była chyba już nie tylko presja drapieżników, głównie wilków, ale i coraz mocniejsze oswajanie się wszelkiej zwierzyny z ludźmi – zjawisko znane we wszystkich obszarach chronionych narażonych na dużą presję turystyczną.

*

Tatrzańska zwierzyna płowa jest pod stałą presją drapieżników, głównie wilków. Co jakiś czas odnajdowane są szczątki ich ofiar. Niewykluczone jednak, że część jeleni i saren pada ofiarą zdziczałych psów wałęsających się po parku. 1 listopada takie psy pojawiły się na Hali Gąsienicowej. Rankiem tego dnia, dwa dość duże i agresywne mieszańce z przewagą cech owczarka niemieckiego spały na schodach Betlejemki, w której akurat nikogo nie było. Po tropach stwierdzono, że przyszły tu od Kondratowej przez Kocioł Goryczkowy. W rejonie Kasprowego ich ślady przecinały się z tropami kozic. Tropy psów były niemal identyczne z pozostawianymi przez wilki. Gdyby nie bezpośrednie spotkanie, zresztą bardzo nieprzyjemne, bylibyśmy przekonani, że na Halę Gąsienicową zawitały chronione drapieżniki.

*

Po naszym poprzednim artykule, w którym informowaliśmy o obserwacji mornela na Spalonej, otrzymaliśmy od Czytelnika z Łodzi wiadomość: „18 września 2009 r. około czternastej obserwowałem bardzo miłą parkę wspomnianego gatunku na Małołączniaku po polskiej stronie słupka granicznego. Parka ta nie okazywała żadnego lęku przed ludźmi, co udowodniła dziobaniem w but mojej znajomej, inaczej mówiąc wyglądała na dosyć zadomowioną w tym miejscu. Pewnie rozpakowywane kanapki przez turystów nie były tutaj bez znaczenia. Łatwo dała się sfotografować, czego dowodem załączone linki do zdjęć na portalu plfoto.com: http://plfoto.com/1960701/zdjecie.html, http://plfoto.com/1969999/zdjecie.html”.

Według autora obserwacji niepłochliwość ptaków może świadczyć, że były zadomowione w tym miejscu, czyli oswoiły się z masowym ruchem turystycznym na Czerwonych Wierchach. Owszem, tak mogło być. Ale możliwe jest także, że były to ptaki przelotne, pochodzące z odludnych okolic na dalekiej północy, i nigdy nie nabyły lęku przed ludźmi.

*

Inne obserwacje, o których należałoby przynajmniej wspomnieć, to atak orła na kozicę na Jarząbczym Wierchu (29 września, inf. Maciej Klimecki i Radosław Mateja), sokoły wędrowne regularnie pojawiające się nad Kopą Magury, niepłochliwy kogut głuszec na Łysej Polanie (28 października, inf. Grzegorz Bryniarski) oraz trzmielojad nad Uhrociem Kasprowym (2 listopada).

Tomasz Zwijacz Kozica, Filip Zięba


«« Powrót do listy
    Drukuj     Wyślij znajomemu    Ilość odwiedzin   2475

POZNAJ TATRY Copyright © MATinternet s.c. - Z-NE.PL - ZAKOPANE 1999-2017  ::  7336315 odwiedzin od 2007-01-09   ONLINE: 17