tu jesteś:   STRONA GŁÓWNA
Poznaj Tatry
NATURA
   Zielony Świat Tatr
   Zwierzęta Tatr
   Klimat, Skały i Wody
   Kronika wydarzeń przyrod.
KULTURA
   Historia
   Etnografia
AUDYCJE RADIOWE
ATLAS ROŚLIN
ATLAS GRZYBÓW
ATLAS ZWIERZĄT
PANORAMY TATR
INNE GÓRY
BLOG / NEWSY
WSPÓŁPRACA


Zwierzęta Tatr
Niedźwiedź "ludojad"
strona: 1/2    1 2 

Ludojad czy ofiara człowieka

Atak niedźwiedzia na słowackiego drwala w okolicy Łysej Polany odbił się szerokim echem. Media prześcigały się w snuciu hipotez na temat przyczyn tego tragicznego zdarzenia. Pojawiły się słowa ludojad i ludożerca, a wraz z nimi delikatna psychoza. Dziś możemy już spokojnie i z dystansem przyjrzeć się tej sytuacji. Zapomnijmy więc o wszystkim, co usłyszeliśmy w telewizji lub wyczytaliśmy w gazetach. Użyjmy szkiełka i oka.

Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, co było przyczyną ataku niedźwiedzia 27 kwietnia w rejonie Łysej Polany. Możemy jednak przyjrzeć się niektórym wydarzeniom poprzedzającym ten atak. Wydarzeniom z udziałem jednego, dużego, ciemno umaszczonego niedźwiedzia. Dziś jeszcze nie wiemy, czy we wszystkich opisanych poniżej sytuacjach uczestniczy ten sam osobnik, ale może już niedługo zagadka ta zostanie rozwiązana. W większości przypadków udało się pozyskać materiał genetyczny, który został już przekazany do analiz laboratoryjnych.

* Noc z 2 na 3 marca – niedźwiedź przyszedł od strony Białki, dotarł do schroniska w Roztoce i nie interesując się zbytnio zabudowaniami ani śmietnikami, poszedł szlakiem w stronę Wodogrzmotów Mickiewicza (inf. Marcin Strączek-Helios).

* 19 marca – niedźwiedź pojawił się na drodze do Morskiego Oka, pomiędzy Wantą a Włosienicą, gdzie biegł za saniami ciągniętymi przez konie. Później szedł szlakiem w stronę Włosienicy, nie zważając na turystów. Patrol TPN dwukrotnie samochodem przeganiał go z drogi, ale niedźwiedź wracał. Na Włosienicy biegł tuż za saniami przez około dwieście metrów, po czym poszedł na zaplecze pawilonu gastronomicznego, skąd został przegoniony przez patrol TPN. Zniknął w lesie pod Czubą Roztocką.

* 20 marca – nad Białką poniżej ujścia Rybiego Potoku do Białej Wody niedźwiedź niezauważenie zbliżył się do pracownika TPN na odległość dwóch metrów. Zwierzak przez dłuższy czas to ustępował, to nacierał, podbiegając na odległość dwóch, trzech metrów fukając i kłapiąc zębami, a leśny próbował go odganiać krzykiem i kijkami narciarskimi, a na koniec obrzucając kamieniami. Po około trzydziestu minutach niedźwiedź odpuścił i zniknął w lesie.

* 21 marca, około czternastej – ludzie wracający z mszy świętej z Wiktorówek w stronę Wierch Porońca spotkali „wielkiego czarnego niedźwiedzia, który rozrabia”. Okazało się, że niedźwiedź przyszedł od strony Białki, wszedł na zielony szlak z Wierch Porońca na Rusinową i szedł nim około półtora kilometra. Potem skręcił w stronę Zazadniej. „Rozrabianie” polegało na tym, że szedł szlakiem obok ludzi, nie schodząc im z drogi.

* 13 kwietnia, około 7.30 – wracający z porannej przebieżki znany przewodnik i ratownik Władysław Cywiński spotkał na Boczaniu leżącego niedźwiedzia. Zatrzymał się w odległości kilkunastu metrów od niego i grzecznie, bez krzyków poprosił niedźwiedzia, aby ten ustąpił mu z drogi. Po krótkiej chwili niedźwiedź wstał i odszedł w stronę Jaworzynki.

* 13 kwietnia, około trzynastej – niedźwiedź widziany był w Kotle Goryczkowym, gdzie ze wschodu na zachód przeszedł przez trasę narciarską i wspiął się na ramię Pośredniego Wierchu Goryczkowego (inf. Jakub Brzosko).

* 13 kwietnia, około dziewiętnastej – niedźwiedź podszedł pod schronisko na Kondratowej. Pożywienia nigdzie nie znalazł i udał się w masyw Długiego Giewontu. Dzięki tropieniom mamy pewność, że wszystkie obserwacje dokonane 13 kwietnia dotyczą tego samego osobnika, który przyszedł od strony Doliny Białki przez Polanę Waksmundzką, Rąbaniska i Dolinę Olczyską.

* Noc z 14 na 15 kwietnia, Zakopane, Buńdówki – około pierwszej po północy niedźwiedź przeskoczył przez płot z drucianej siatki i rozbił ul w pasiece na prywatnej posesji w pobliżu wylotu Doliny Strążyskiej. Ponowny atak niedźwiedzia na tę pasiekę miał miejsce 21 kwietnia o 21.35. Tym razem zniszczone zostały trzy ule.

* 27 kwietnia, około dziewiątej – niedźwiedź zaatakował i ciężko poranił drwala pracującego w okolicy Łysej Polany po słowackiej stronie Białki. Poszkodowany ciął drzewo w gęstym młodniku świerkowym nad Białką. W pewnym momencie usłyszał jakieś trzaski w lesie i nawet się obejrzał, ale nic nie zauważył. Ruch samochodowy na pobliskiej drodze i rzeka zagłuszyły odgłosy. Po chwili odniósł wrażenie, że ktoś za nim stoi. Gdy oglądał się za siebie, aby to sprawdzić, niedźwiedź już powalał go łapą i za moment przycisnął swym cielskiem do ziemi. Drwal położył się na brzuchu, żeby osłonić twarz, a misiek gryzł go po karku i drapał. Gdy niedźwiedź zaczął gryźć atakowanego człowieka po udzie, ten wolną nogą kopnął go w głowę i zerwał się do ucieczki. Wtedy nadbiegli inni drwale z pracującymi pilarkami spalinowymi. Niedźwiedź uciekł.

* 27 kwietnia, około dziesiątej – niedźwiedź podszedł do konia, który właśnie przywlókł dłużycę na skład. Zatrzymał się tuż przed nim i stanął na tylnych łapach. Pilarz, który zajmował się drewnem wciąż zaprzęgniętym do koni, pobiegł w stronę niedźwiedzia z krzykiem i pracującą pilarką. Niedźwiedź odskoczył na kilka metrów i zaczął łamać młode świerczki. Po chwili pojawił się pracownik TPN, który także zaczął krzykiem odganiać niedźwiedzia. Niedźwiedź odszedł w stronę zielonego szlaku z Wierch Porońca na Rusinową. Tam spokojnie minął turystów i nikogo nie napastując, pobiegł się w stronę Zazadniej.

* 27 kwietnia, około jedenastej – niedźwiedź podszedł na odległość ośmiu metrów do pracownika TPN, który wjechał samochodem za szlaban w głębi Doliny Filipki, stając między nim a samochodem. Leśny odgonił go krzykiem i kamieniem.

* 28 kwietnia, rano – niedźwiedź szedł drogą Oswalda Balzera w okolicy wylotu Doliny Filipki.

* 4 maja – niedźwiedź był fotografowany z bliskiej odległości przez turystów na Polanie Biała Woda.

* 5 maja, 19.30 – niedźwiedź padł od strzału z broni palnej w pobliżu zabudowań na wschodnim skraju Jaworzyny Tatrzańskiej.

Jak wspominaliśmy we wstępie, nie ma żadnej pewności, że wszystkie powyżej opisane zdarzenia dotyczą tego samego osobnika. Jest to jednak bardzo prawdopodobne, bo chociaż w marcu i kwietniu w tatrzańskich lasach wciąż było dużo śniegu, niedźwiedzich tropów prawie na nich nie widywano, poza wyżej opisanymi. Samice z młodymi wciąż były ukryte w gawrach lub ich bliskim sąsiedztwie, gdzieś w trudno dostępnym terenie, gdzie ludzie bardzo rzadko zaglądają. A samce? Pamiętajmy, że areał dorosłego niedźwiedzia w warunkach europejskich to nierzadko tysiąc kilometrów kwadratowych, a wszystkie te zdarzenia zmieściły się na niespełna dziesięciu procentach tej powierzchni.

Już pobieżna analiza powyższego zestawienia pozwala zauważyć, że jest ono bardzo asymetryczne. Większość zdarzeń pochodzi ze strony polskiej, choć te najdramatyczniejsze miały miejsce na Słowacji. Przyczyny tego faktu nie należy upatrywać w jakieś szczególnej skłonności niedźwiedzia. Jest nią raczej brak przepływu informacji pomiędzy stroną polską i słowacką. Słowacy bardzo niechętnie i z dużym opóźnieniem informują nas o tego typu sytuacjach. Dochodzą do nas tylko niepotwierdzone informacje o częstych wizytach niedźwiedzi przy śmietnikach i zabudowaniach gospodarczych.

Jest też inna dysproporcja. Niedźwiedź atakował głównie leśnych ludzi i konie. Turystów raczej ignorował, chociaż statystycznie rzecz biorąc, miał kilkaset razy większą szansę wyładować swą agresję na „turystycznej stonce”, jak co roku licznie zadeptującej Tatry na przełomie kwietnia i maja. A jednak wyłuskał tych kilku ludzi związanych z gospodarką leśną, ukrytych z pilarkami z dala od udostępnionych szlaków. Oczywiście przy tak niewielkiej liczebności próby trudno o poważniejsze wnioskowanie statystyczne i może to być dziełem czystego przypadku. Załóżmy jednak, że nie był to przypadek i zastanówmy się, dlaczego niedźwiedź atakuje głównie leśnych i konie. Najogólniej można stwierdzić, że powody mogą być dwa: albo miał z nimi złe doświadczenia, albo wręcz przeciwnie – doświadczenia te były zbyt dobre.

Ponieważ nawet ze strony pracowników TPN dały się słyszeć głosy, że agresja niedźwiedzia mogła zostać wywołana strzelaniem do niego gumowymi pociskami, konieczne jest w tym miejscu kilka zdań komentarza. Odstraszanie niedźwiedzi przy pomocy pocisków gumowych to nie jest polski wynalazek. Metoda ta jest szeroko stosowana i sprawdzona na świecie. Nigdzie nie odnotowano, aby w jej wyniku niedźwiedź stał się agresywny. Oczywiście nie jest to zabieg dla niedźwiedzia bezbolesny, ale aby nauczyć te drapieżniki, że nie należy zbliżać się do ludzi, bolesny być musi. Nie da się wszystkiego ogrodzić pastuchem elektrycznym. Jak na razie nigdzie nie wymyślono lepszego sposobu reedukacji niedźwiedzi wchodzących w konflikty z ludźmi. Alternatywą jest tylko eliminacja takich osobników z wolno żyjącej populacji poprzez odstrzał lub odłów.

W obecnych realiach tatrzańskich złe doświadczenia niedźwiedzi z ludźmi w zielonych uniformach to albo gumowe klapsy po polskiej stronie, albo ołowiane kulki na Słowacji. Sekcja podobno wykazała, że niedźwiedź był „czysty”. Nie miał żadnych ran, blizn ani krwiaków, starych ani zagojonych. Z kolei zbyt dobre doświadczenia to celowe lub przypadkowe dokarmianie. Nie jest tajemnicą, że w TANAP-ie od października do kwietnia wywozi się do lasu spore ilości kukurydzy i innych płodów rolnych celem dokarmiania zwierzyny. Nie jest też tajemnicą, że niedźwiedź brunatny, choć podlega ochronie, formalnie jest na Słowacji zwierzyną łowną. Niestety Słowacy nie zdecydowali się opublikować wyników sekcji zastrzelonego niedźwiedzia w części dotyczącej zawartości żołądka, co byłoby bardziej istotne dla sprawy niż dość problematyczne oszacowanie jego wieku. Po polskiej stronie, przy granicy ze Słowacją, często widujemy odchody niedźwiedzi, których głównym składnikiem są nadtrawione ziarna kukurydzy. Puszczając wodze fantazji, możemy sobie wyobrazić niedźwiedzia, który siedzi w młodniku w pobliżu takiego karmiska dla zwierzyny i gdy tylko zaprzęg, który właśnie przywiózł świeżą dostawę kukurydzy oddala się w stronę pobliskiej leśniczówki, drapieżnik wyrusza na łatwy żer. Gdy w połowie kwietnia dostawy przerwano, poszedł upomnieć się o swoje. Dopóki ze Słowacji nie będą do nas docierały fakty, będziemy skazani na podobne fantazjowanie.

Natomiast za pewnik możemy przyjąć fakt oswojenia się niedźwiedzia z ludźmi. Osobnik ten (zakładając, że był tylko jeden) po prostu nie bał się ludzi i ich nie unikał (choć raczej unikał hałasu pilarek). Dlaczego? Zamiast szukać prostej odpowiedzi na to krótkie pytanie, zastanówmy się, dlaczego tatrzańskie niedźwiedzie w ogóle boją się ludzi.

Wiadomo, że wygląd i zachowanie każdego osobnika zdeterminowane jest przez genotyp i wpływ środowiska. Twierdzenia o genetycznie uwarunkowanym strachu niedźwiedzi przed ludźmi nie wytrzymują krytyki w obliczu licznych przykładów łatwego oswajania się tych zwierząt. Pozostaje więc środowisko, czyli wszystkie bodźce, jakie docierały do danego osobnika od momentu poczęcia.

Przypuszczamy, że w naszych realiach małe niedźwiadki uczą się strachu przed ludźmi (a raczej unikania ludzi) od swoich matek. Możliwe jednak, że nasz domniemany „ludożerca” już we wczesnej młodości szwędał się w ślad za swoją matką po schroniskach, leśnych osadach i karmiskach dla zwierzyny łownej. Nie znał żadnego powodu, aby ludzi unikać. Zwłaszcza kiedy był już duży i silny. Bał się natomiast hałasu i hałasujących maszyn. Wszak nawet całkiem udomowione psy, gdy huknie piorun, chowają się pod stołem. A niedźwiedź od psowatych się wywodzi.

Tomasz Zwijacz Kozica

Filip Zięba

1 2 
strona: 1/2    1 2 
«« Powrót do listy
    Drukuj     Wyślij znajomemu    Ilość odwiedzin   5523

POZNAJ TATRY Copyright © MATinternet s.c. - Z-NE.PL - ZAKOPANE 1999-2018  ::  7715582 odwiedzin od 2007-01-09   ONLINE: 6