tu jesteś:   STRONA GŁÓWNA
Poznaj Tatry
NATURA
   Zielony Świat Tatr
   Zwierzęta Tatr
   Klimat, Skały i Wody
   Kronika wydarzeń przyrod.
KULTURA
   Historia
   Etnografia
AUDYCJE RADIOWE
ATLAS ROŚLIN
ATLAS GRZYBÓW
ATLAS ZWIERZĄT
PANORAMY TATR
INNE GÓRY
BLOG / NEWSY
WSPÓŁPRACA


BLOG / NEWSY
Z nad Oceanu Indyjskiego
 dodano: 14 Stycznia 2012


"O kur...a jego mać" - te słowa wieszcza /pozwoliłem sobie zacytować/ Adama Mickiewicza cisnęły mi się na usta, po tym jak spojrzałem na góry i równiny Tanzanii z punktu widokowego Irente. Jestem pewny, że tak zareagował Mickiewicz, jako prawdziwy Polak, patrząc z Czatyrdahu (też tam byłem ) na Morze Czarne. Do głowy by mi nie przyszło, że coś tak spektakularnego pod względem urody krajobrazu zobaczę podczas tego wyjazdu. W robieniu zdjeć zwyczajnie nie mogłem się opanować, choć żadne z nich nawet w 1/10 nie jest w stanie oddać widoku i scenerii tego miejsca. I pomyśleś, że trafiłem tam dosyć przypadkowo, za namową kolejnego mojego czarnego anioła. Mało tego, tydzień wcześniej nad Ngorongoro śmiałem się z ludzi, którzy fotografowali wschód słońca. Mówiłem do Szwedów "od milionów lat słońce wschodzi i zachodzi, a ludzie ciągle się temu dziwią i nie mogą napatrzeć". Ale kiedy nad wysokimi skałami Irente zaczeło zachodzić słońce brakło mi słów /zresztą i tak nie było do kogo gadać/. Chciałoby się zatrzymać ten moment przynajmniej na godzinkę. Ziemia niestety nieubłaganie się kręci - dobrze, że chociaż w tą stronę.

Nad punktem widokowym pojawiłem się przypadkowo, ale w jego rejonie, jak najbardziej świadomie. Jeszcze w Polsce planowałem wizytę w rezerwacie leśnym Maranga. Prawdę pisząc niewiele o tym miejscu wiedziałem, ale skoro rezerwat, to las, jaki by nie był, wydawało mi się, że będzie pewnie fajny. Już tu na miejscu, dowiedziałem się, że las ten znany jest przede wszystkim jako ostoja kamaleonów. Przyjechałem, zobaczyłem i przekonalem się, że ... Maranga Forest podlega bardzo silnej dewastacji, jakkolwiek zachowalo się parę fragmentów wilgotnego podgórskiego lasu równikowego z paprociami drzewiastymi. Dewastacja ta jest o tyle irytująca i dotyczy połowy Tanzanii, że w miejsce zniszczonych lasów, wcale nie powstają uprawy czegoś tam, a jedynie bezkresne nieużytki. Nieużytki te są wypalane i penetrowane przez miejscową ludność w poszukiwaniu choćby kawałka drewna na podpałke. Po tak dramatycznie rabunkowej gospodarce ziemia z czasem pustynnieje. A co do kameleonów, owszem, widzieliśmy sześć sztuk. Dla mnie najważniejsze jest to, że dwa z nich wypatrzyłem samodzielnie, a uwierzcie na słowo, jest to nie lada sztuka. Mało tego, jedyna obserwacja z naturalnego lasu, też należy do mnie. Pozostałe osobniki wypatrzyliśmy zwykle gdzieś we wsi miedzy opłotkami lub w chwastach przydrożnych.

To o czym pisałem wyżej było dwa dni temu. Wczoraj po 33 dniach podróżowania z nad jeziora Edwarda na granicy Ugandy i Konga dotarłem nad Ocean Indyjski. Ostatnie 61 kilometrów przejechałem taksówką motorową boda - boda. Jazda z ciężkim plecakiem po tutejszych bezdrożach to naprawdę niezły masaż dla kręgosłupa. Za cel tym razem obrałem sobie Park Narodowy Saadani. Podsumowując; dużo wydałem, mało zobaczyłem, nie ma sie czym zachwycać. W dodatku jeszcze wywaliliśmy sie na boda boda, bo drajwer, fujara, z dużą prędkością wjechał na piaszczystą drogę, a to że się wywalimy było kwestią sekund. Może jedynie warte odnotowania jest to, ze spora powierzchnia parku pokryta jest przez pewien, bardzo ładny i oryginalnie wyglądający gatunek palmy. Ale zdaje się, że nie mam nawet żadnego zdjęcia z tego miejsca. Zafundowalem sobie nawet wycieczkę po rzece motorówką. Panowie nieco zeszli z ceny po poszedłbym z torbami, ale hipopotamów i krokodyli to ja się już w życiu dość naogladałem, w związku z czym nawet nie wyjąłem aparatu. Na marginesie wspomnę, ze tutejsze krokodyle w porównaniu do tych z Etiopii z zeszłego roku to co najwyżej jaszczurki. By może jeden osobnik znad rzeki Mara w Masaj Mara, mogł rownac sie etiopskim.

Także tu w Saadani oprowadzał mnie po okolicy i niestworzone rzeczy naopowiadał, kolejny czarny anioł. Najciekwsze to, co mowił o lwach, których w okolicy jest pełno. Ponoć zdarza się, że leżą na środku drogi, z niechęcią schodząc w krzaki na widok boda boda lub rowerzysty. Przyznać trzeba, ze rowerzyści muszą mieć stalowe nerwy. Anioł przytomnie zauważył, że w okolicy zwierza wszelakiego jest w brud, dlatego nie ma potrzeby, żeby polowały na ludzi. A co z osobnikami chorymi i osłabionymi, które nie mają siły uganiać się za bawołami? Wszystko to jest bardzo dziwne. Ale skoro mamy wątek lwi, to wrócę jeszcze do tego nieszczęsnego, z racji moich dolegliwości salmonellowych, krateru Ngorongoro. Mimo iż cierpiałem wielce kilka szczegółów nie uszło mojej uwadze. Interesująca była m.in. reakcja zwierząt na przemarsz lwów, jak się potem okazało do wodopoju. Zebry i antylopy dały nogę trzymając dystans około 200 m. Gazelle Thomsona zareagowaly dokładnie tak samo, jak na moj widok w Parku Narodowym Wrota Piekieł. Główne stado uciekło na kilkadziesiąt metrów, a dwa osobniki podbiegły do lwów i szły za nimi kikaset metrów, jakby podkreślajac, że mają je głeboko w poważaniu. Lwy bardzo wyraźnie podgrzały atmosferę na pastwisku w kraterze, wszystkie oczy były skierowane w ich kierunku. Od czasu do czasu, ktoryś z koteczków dostrzegł potencjalną ofiarę, np. prosiaczka, który wydawał się ich nie zauważyć. Natychmiast jedna z lwic podbiegla w tą stronę. Guźce zwykle w pore jednak orientowały się w sytuacji. W niewielkiej odległości od trasy przemarszu lwów stała tez grupa kilku bawołów. Czekały, patrzyły i przeżuwały, ale nie ustąpiły nawet na krok. Miny miały nawet dość refleksyjne, jakby kompletnie ignorowaly to zagrożenie. Najwiekszym zaskoczeniem była dla mnie nie tyle reakcja rożnych gatunków zwierząt na lwy, co reakcja lwów na... człowieka. W moim przekonaniu była to absolutnie rewelacyjna obserwacja, która naprawdę rozwiala szereg moich wątpliwości wyrażanych także w tym blogu. Po zaspokojeniu pragnienia, dało się dostrzec u kilku lwic oznaki najwyższego zdenerwowania. Z ogromnym niepokojem zaczęły to podbiegać to się cofać, by wreszcie oddalić sić w pośpiechu. Wszyscy turyści i kierowcy wypatrywali źrodła lwiego niepokoju. I wyobraźcie sobie, że okolo 150 do 200 metrów na skraju lasu stało dwóch ludzi. Trudno było dostrzec, ale byli to chyba parkowi strażnicy. To właśnie oni wywołali u lwów takie zamieszanie. To naprawde niesamowite, że lwy, które kilka minut wcześniej obojętnie defiladowały kilkadziesiąt centymetrów od aut pełnych ludzi, zupełnie nie zwracając na nich uwagi, nagle, na widok wyprostowanej sylwetki człowieka, wpadły w takie zaniepokojenie. Kończąc już ostatecznie lwią kwestię podzielę się jedną istotną wg mnie obserwacją z ich życia. Otóż po wizycie w Masaj Mara wydawało mi się, ze przyroda tego parku dla ekologa (czyli gościa, który interesuje się zależnościami miedzy światem roślin i zwierząt- nie jest nazbyt skomplikowana. Zebry i inne kopytne zwykle jedzą, a lwy prawie zawsze spią. Jedynie czasami, kiedy lwy jedzą to zebry nie jedzą a uciekają.  Tymczasem to dosyś płaskie podejście. Lwy robią wrażenia leniwych, które stale leżą pod drzewem, albo w wysokiej trawie rzadko nawet głowę podnosząc. Ale to nie z lenistwa a z wrodzonej strategii. Starają się w ogóle nie rzucać w oczy, bo jak łatwo można się przekonać, gdy zostaną raz namierzone to trudno o lunch. Trudno zatem spodziewać się, ze lwica będzie łazić bez celu po okolicy dla rozrywki.  Z życia zwierząt Ngorongoro jeszcze garść szczegołów, dla mnie niezwykłych  Zebry pasą się bez obawy wsród stada hien. Być może gdyby prowadziły młode byłyby ostrożniejsze, a może są w stanie rozpoznać, czy hiena głodna czy najedzona. Guziec staje z hienami oko w oko, jakby gotowy do szarży. Puściły mu jednak nerwy. Zwiał. 

Kolejna istotna sprawa, której nie potrafię wyjaśnić. Jak to możliwe, że na dnie krateru w jednej sadzawce 100x100 metrów żyje ileś tam hipopotamów. Nie rozumiem, jak one się tam dostały. Trzeba Wam wiedzieć, ze wysokie skarpy krateru porośnięte są wilgotnym, gęstym lasem równikowym. Wprawdzie na znaczniej przestrzeni zniszczonym przez wypas kóz, to jednak nie wyobrażam sobie, żeby hipcio był w stanie pokonać tą przeszkodę. Zresztą gdzie by poszedł, albo skąd przyszedł? jeśli do kolejnej sadzawki jest kilkadziesiąt kilometrów. Z podobną sytuacją spotkałem się wiele razy. Na Serengetii hipo taplają się w zamulonym stawku oddalonym od innych stawków kilkadziesiąt kilometrów. Skąd się tam wzięły? I czy to znaczy, że od setek lat krzyżują się nawzajem w populacji kilkunastu najwyżej osobników. Doprawdy nie rozumiem.

Tak się stało, że jestem w nadposiadaniu jednej bransoletki od Masajów, w zwiazku z czym mam pomysł na mały konkurs o nagrodę. Sama bransoletka jest pewnie nic nie warta i wygląda sobie jak wygląda, raczej gorzej niż lepiej. Ale moze komuś się przyda. Moje pytanie jest proste /z dziedziny ekologii/. Wyjaśnij sytuację. Na Serengetii zwierzęta biorące udział w wielkiej migracji przemieszczają się zgodnie z ruchem wskazśwek zegara po strefie szerokiej na kilkanascie - dwadzieścia kilka kilometrów. W tym czasie w środku tej ogromej przestrzeni niewiele się dzieje. Dlaczego zatem z dala od migrujących zwierząt, na pustkowiu, gdzie trudno o pokarm spotyka się lwy? Czy nie lepiej byłoby dla nich podążać za milionami gnu i zebr? czasem lwy są zaledwie 10, 20 km od gigantycznego źrodła pokarmu. Odpowiedzi proszę kierować na skrzydlowski@wp.pl albo na moj profil na facebooku. Co do facebooka to maleńka prośba. Chodzi o to, aby zaproszeń nie przysyłały mi osoby, których nie znam. Rodzą się z tego pewne problemy. Na niektórych komputerach, gdy chce wejść na facebooka, pojawia się informacja, ze dla bezpieczeństwa muszę rozpoznać na zdjęciach tego lub owego. A jak mam rozpoznać, jak na oczy nie widziałem i .. nie mogę się zalogować. Pewnie da się to obejść, ale muszę udac się od facebookowego speca.

 Dar es Salaam 13.01.2012 r.





«« Powrót do listy wiadomości
    Drukuj     Wyślij znajomemu    Ilość odwiedzin   2126



POZNAJ TATRY Copyright © MATinternet s.c. - Z-NE.PL - ZAKOPANE 1999-2017  ::  7346690 odwiedzin od 2007-01-09   ONLINE: 11