tu jesteś:   STRONA GŁÓWNA
Poznaj Tatry
NATURA
   Zielony Świat Tatr
   Zwierzęta Tatr
   Klimat, Skały i Wody
   Kronika wydarzeń przyrod.
KULTURA
   Historia
   Etnografia
Filmy edukacyjne
AUDYCJE RADIOWE
ATLAS ROŚLIN
ATLAS GRZYBÓW
ATLAS ZWIERZĄT
PANORAMY TATR
INNE GÓRY
BLOG / NEWSY
WSPÓŁPRACA


INNE GÓRY
Nowa Zelandia
strona: 2/2    1 2 


Jedni wymierają, inni przybywają

Wymieranie gatunków przyjęło monstrualne rozmiary, zwłaszcza po przybyciu Europejczyków, i przebiega najszybciej od 65 milionów lat, czyli od czasów wielkiego wymierania pod koniec kredy, gdy z Ziemią żegnały się ostatnie dinozaury. Już nie tylko kiore, kuri – psy Maorysów i sami Maorysi, ale dziesiątki gatunków sprowadzonych z różnych części świata niemal rozłożyło delikatny ekosystem wysp. W ciągu ostatnich dwóch tysięcy lat wyginęło 40 proc. rodzimych gatunków ptaków, trzy gatunki żab, jeden nietoperz – wyginął do 1964 r., ostatnio trzy jaszczurki, jedna ryba słodkowodna, kilka roślin i niezliczona rzesza owadów. Nigdy nie zobaczymy już około 60 gatunków kręgowców, gdyż nie występowały nigdzie indziej na świecie.

Biorąc pod uwagę powyższe dane, można dojść jednak do błędnego przekonania, że w Nowej Zelandii pozostało niewiele gatunków zwierząt. W rzeczywistości, za sprawą naszych nazbyt przedsiębiorczych przodków, jest ich o 58 gatunków więcej (wartość ta jest różnicą między tym, co sprowadzono, a tym, co wyniszczono, i dotyczy kręgowców)!

Era aklimatyzacji nowych zwierząt przypada na połowę XIX wieku. Cele były zawsze te same: nostalgia, sport, myślistwo i konieczność kontroli biologicznej nad czymś, co wprowadzono kilka lat wcześniej. W tym czasie aklimatyzacja była postrzegana nawet jako osobna gałąź nauki. W rezultacie sprowadzono 21 gatunków ryb słodkowodnych, 39 gatunków ptaków, 33 gatunki ssaków, 1 gada i trzy żaby! Także w tym okresie sprowadzono. mniej i bardziej świadomie, szczury, koty i króliki. Pierwszy szczur przypłynął na statku kapitana Cooka w drugiej połowie XVIII wieku. Na Wyspie Północnej gryzonie rozpowszechniły się do 1860 r., na południowej 30 lat późnej. Szczur wędrowny, większy i agresywniejszy od kiore, z czasem wyparł tego drugiego, tym samym kiore podzielił los prawowitych mieszkańców wysp. Dziś spotkać można go we Fiordlandzie i kilku innych odosobnionych miejscach. Gryzonie, ze względu na swoją liczebność i wszędobylskość, przyczyniły się do dewastacji lęgów ptaków gnieżdżących się na ziemi, a zatem w większości rodzimych gatunków. Ich łupem padają również płazy i gady.

Punktem zwrotnym w historii naturalnej Nowej Zelandii był rok 1839. Do tego czasu osadnicy z Europy oraz zaaklimatyzowane zwierzęta trzymali się ściśle wybrzeża. Własne, dzikie populacje stworzyły jedynie dziki, szczury wędrowne oraz koziorożce. Po tej dacie osadnicy zaczęli wnikać w głąb kontynentu, a wraz z nimi „problemy ekologiczne”.

Z czasem nastała moda na wypuszczanie na wolność drobnych ptaków śpiewających, które przywożono po roku 1860. O szkodliwości tych poczynań przekonano się dość szybko. W końcu nie trzeba być specjalistą, żeby się domyśleć, że ze sprowadzania drozdów i szpaków nic dobrego nie wyniknie. U nas mają wielu wrogów naturalnych, tam prawie żadnych. Wszyscy wiemy, że szpak żadnej czereśni nie przepuści, o czym boleśnie przekonali się plantatorzy wszelakich owoców pestkowych. Wrażenie, iż obecność tych gatunków w Nowej Zelandii jest powszechna, wzmacnia dodatkowo fakt, że są szczególnie liczne w miastach, a przez to łatwo można je zobaczyć. Większość tych gatunków wymagała silnie zmienionego przez człowieka środowiska, rozległych bezleśnych przestrzeni, namiastki stepów. Tylko nieliczne ptaki jak kos, zięba, drozd śpiewak i czeczotka nauczyły się żyć wśród naturalnej roślinności.

Prawdziwe zamieszanie w świecie zwierząt nastąpiło jednak kilka lat później (1879 r.), kiedy do zwalczania królików sprowadzono drapieżniki; łasice, gronostaje i tchórzofretki. Introdukcji tych wyjątkowo agresywnych zwierząt sprzeciwiali się biolodzy, ale uwzględniono racje farmerów domagających się szybkich i skutecznych rozwiązań. Nie minęło 20 lat, a było już pewne, że gronostaje problemu nie rozwiążą, na dodatek sytuacja wymknęła się spod kontroli. Zwierzęta te stały się śmiertelnym zagrożeniem dla rodzimej fauny, dlatego też na mocy ustawy z 1903 r. rozpoczęto akcje ich systematycznego wybijania. Trwa ona zresztą po dzień dzisiejszy, ale sądząc po liczbie przejechanych przez samochody zwierząt, problem nie został rozwiązany. Nowym pomysłem na zwalczanie królików stało się zainfekowanie ich wirusem. Akcje przeprowadzili nielegalnie w 1997 roku farmerzy z Wyspy Południowej. Takie ingerencje zawsze źle się kończyły, a na ich skutki nie trzeba było zwykle długo czekać. Strach pomyśleć, co może się stać tym razem. Faktem jest, że populacja królika wyraźnie się zmniejszyła.

W żaden jednak sposób nie udało się natomiast zredukować liczby pałanki kuzu (possuma), sprowadzonej z Australii jako zwierzę futerkowe. Obecnie w Nowej Zelandii żyje około 70 milionów tych zwierząt, które podczas jednej nocy są w stanie zjeść 21 tys. ton zielonych części roślin. Niszczą zresztą nie tylko lasy i żyjące w nich zwierzęta (wyjadają jaja i pisklęta), ale dają się też we znaki plantatorom. Spore szkody powodują, uszkadzając linie telefoniczne oraz linie wysokiego napięcia. Wraz z pałankami przywleczono także wściekliznę. Pałanki kuzu stały się wręcz niechlubnym symbolem skutków ingerencji obcego gatunku (pośrednio człowieka) w środowisko naturalne. Walka z intruzami pochłania rocznie 35 mln dolarów nowozelandzkich (prawie 70 mln złotych).

Obraz zniszczeń, jakie powodują sprowadzone zwierzęta, byłby niepełny, gdyby nie wspomnieć o dużych ssakach kopytnych, które także przybyły na wyspy. Jest wśród nich osiem gatunków jeleni, daniele, koziorożce, kozica, dziki, a także owce, kozy oraz konie i bydło. Pierwsze introdukcje kończyły się zwykle niepowodzeniem, ale z czasem zwierzęta te stały się bardzo liczne. Najbardziej interesujące nas kozice rozprzestrzeniły się błyskawicznie i dziś występują w całych Alpach Południowych.

Wprawdzie już w przeszłości występowały tutaj roślinożerne ptaki: moa, takahe, kakapo oraz kokako, które zajmowały tę samą niszę, co wspomniane ssaki na innych kontynentach, jednak w porównaniu z jeleniami i kozicami ich wpływ na szatę roślinną był raczej symboliczny.
Dla przywrócenia równowagi, a najpewniej dla „przyjemności”, jak zwykle w takich przypadkach, zastosowano metody radykalne. Po roku 1963 rozpoczęły się masowe polowania ze śmigłowca. W ich wyniku zredukowano liczbę dziko żyjących ssaków kopytnych o 80 proc. W hodowli zagrodowej w dalszym ciągu jest jednak blisko 400 tys. jeleni oraz danieli, które w różnych okolicznościach zasilają populację żyjącą na wolności.

Lasy – przykra niespodzianka

Znamienny dla przyrody Nowej Zelandii jest stan lasów. Dla przyrodnika stanowi on wskazówkę, jak bardzo człowiek może przekształcić warunki życia roślin i zwierząt. Wszelkie ingerencje w środowisko leśne mogą być bardziej dotkliwe w skutkach dla naturalnego charakteru wysp niż zamieszanie, jakie powstało po wyniszczeniu bądź sprowadzeniu pewnej liczby  gatunków.

Nowa Zelandia jest krajem, który przed przybyciem Polinezyjczyków w 85 proc. pokrywały lasy. Maorysi, wypalając kolejne fragmenty drzewostanów, zmniejszyli tę powierzchnię drastycznie, w 1840 r. lasy zajmowały już tylko 53 proc. pierwotnego obszaru. Dziś jest to zaledwie 28 proc., czyli tyle co w Polsce. Dotyczy to zwłaszcza suchych lasów położonych we wschodniej części Południowej Wyspy. Jest to środowisko wyjątkowo wrażliwe na tego typu ingerencje i regeneruje się niezwykle wolno, czasem już nigdy nie osiąga poprzedniej postaci.

Niewielka to pociecha, że prawie jedną czwartą terytorium kraju pokrywają parki narodowe. Tylko niektóre z nich, np. Fiordland oraz Uerewera, chronią środowisko nieprzekształcone przez człowieka. Dla mnie dość nieprzyjemną niespodzianką był stan lasów w pozostałych parkach narodowych, np. w Abel Tasman, gdzie w wielu miejscach po wysokich drzewach pozostały krzaki. Na rozległych powierzchniach kraju posadzono plantacje sosny, daglezji, które z lasem mają tyle wspólnego, co pola pszenicy ze stepem. Owe plantacje są nawet użytkowane podobnie jak zboża. Drzewa są usuwane jednocześnie z rozległych terenów, a po ich wycięciu krajobraz wygląda wręcz księżycowo. Taki typ gospodarowania w tym rejonie świata jest dość ryzykowny. Alpy Południowe podlegają bowiem, za sprawą intensywnych opadów (do 1000 mm/rocznie/m kw.), niezwykle silnej erozji. Naturalnym zjawiskiem są, jak choćby na zboczach gór koło miejscowości Hokitika, spływy gruntowe sięgające 17 tysięcy ton gruntu na 1 km kw. Wycięcie lasu, także monokultur drzew, do gołej gleby, proces ten może jedynie nasilić.

Jak widać, Nowa Zelandia, postrzegana jako raj na Ziemi, unikalny na skalę światową, stała się poletkiem doświadczalnym – tam człowiek wypróbowywał nieudane na ogól pomysły, ingerując w to, co naturalne a więc najdoskonalsze. To wręcz zdumiewający przykład tego, jak niewielu ludzi w krótkim czasie jest w stanie zdewastować duży kraj. Pozostaje mieć nadzieję, że po tych wszystkich eksperymentach nie tylko tutaj w Nowej Zelandii dotrze w końcu do ludzkiej świadomości konieczność zrozumienia, że na świat nie można patrzeć jedynie przez pryzmat własnych oczekiwań i kaprysów.

Tomasz Skrzydłowski

1 2 
strona: 2/2    1 2 
«« Powrót do listy
    Drukuj     Wyślij znajomemu    Ilość odwiedzin   7016

POZNAJ TATRY Copyright © MATinternet s.c. - Z-NE.PL - ZAKOPANE 1999-2019  ::  8813179 odwiedzin od 2007-01-09   ONLINE: 2