tu jesteś:   STRONA GŁÓWNA
Poznaj Tatry
NATURA
   Zielony Świat Tatr
   Zwierzęta Tatr
   Klimat, Skały i Wody
   Kronika wydarzeń przyrod.
KULTURA
   Historia
   Etnografia
       Pasterstwo
       Budownictwo
AUDYCJE RADIOWE
ATLAS ROŚLIN
ATLAS GRZYBÓW
ATLAS ZWIERZĄT
PANORAMY TATR
INNE GÓRY
BLOG / NEWSY
WSPÓŁPRACA


Pasterstwo
Pasterstwo w Tatrach - wzmianki w polskiej literaturze turystycznej XIX wieku

Pasterstwo było przez kilka wieków ważnym elementem życia górali podhalańskich, którzy co roku wyruszali ze swoimi kierdelami na tatrzańskie hale. Stanowiło ono nie tylko podstawę gospodarki, ale i ważny czynnik kulturotwórczy. Spójrzmy na ten fragment wielkiej epopei góralskiej oczyma turystów, którzy półtora wieku temu przemierzali tatrzańskie szlaki.






Seweryn Goszczyński „Dziennik podróży do Tatrów” 1853

Seweryn Goszczyński – poeta romantyczny, powieściopisarz, publicysta, działacz polityczny. Po raz pierwszy przyjechał w Tatry w 1832 roku, po upadku powstania listopadowego w którym brał udział. Przybył zatem na Podhale nie jako turysta, lecz ścigany wyrokiem śmierci emigrant. W dworze Tetmajerów w Łopusznej spędził 7 miesięcy. W tym czasie odbył wiele wycieczek po Podhalu, Gorcach i Tatrach. Owocem tego pobytu jest DZIENNIK PODRÓŻY DO TATRÓW drukowany fragmentami od 1834 roku, a w całości wydany dopiero w 1853 roku w Petersburgu. Dzieło to odegrało istotną rolę w spopularyzowaniu Tatr i Podhala w społeczeństwie polskim. Dużo więcej miejsca niż samym Tatrom poświęcił Goszczyński w DZIENNIKU... ludowi podhalańskiemu, gdyż – jak stwierdził – „Tatry straciłyby niezawodnie połowę swojego uroku bez swoich mieszkańców”. „Ojciec etnografii Podhala” zawarł więc w swoim dziele opis materialnego życia i kultury góralskiej, w tym także kultury pasterskiej.

„Górale są ludem półrolniczym, półpasterskim, więcej pasterskim jak rolniczym, a może nawet głównie pasterskim. Wielce się przez to wyjaśnia zagadka jego charakteru, odskakiwanie niekiedy od ducha słowiańskiego. Góral jest Słowianinem przez miłość namiętną swojej ziemi, którą praca rolnicza około niej bardzo zasila i rozwija; stąd w nim przymioty słowiańskie, cnoty słowiańskie, dzieci tej miłości; można więc powiedzieć, że Góral jest słowianinem przez rolnictwo; pasterstwo zbliża go do ludów pasterskich na wschodzie. Przypatrzmy się dobrze Góralom z tej strony, a znajdziemy dziwne zbliżenie pomiędzy nimi a pasterskimi plemionami na przykład Arabów – zbliżenie w charakterze, dobrych przymiotach, a razem złych skłonnościach. Już to dawno postrzeżono, że jest coś w pasterstwie, co zaszczepia w człowieka pewien rodzaj energii dzikiej; tę energie mają Araby , którzy są jedynie pasterzami, tę energie mają i nasi górale i tym zostawiają powolnych Słowian za sobą.
Ale w tej chwili patrzę na pasterstwo Góralów z innej strony; zachowuję więc ideę powyższą na później, a wracam do przedmiotu właściwego.
Góral jest głównie pasterzem. To jest główne utrzymanie jego życia, główny wdzięk jego życia, to jego praca najgłówniejsza, to dla niego najmilsze i najwdzięczniejsze pole pracy.
Trzeba go widzieć, trzeba widzieć jego życie, jego góry w porze pasterskiej. W rzeczy samej jest co widzieć. Ale wtedy pomijaj wioski i chaty, idź w góry, drzyj się po górach, szukaj miejsc najustronniejszych, wystawiaj się na upał, nie dosypiaj nawet nocy, bo tylko tam i takim sposobem zobaczysz Górala w jego żywiole, pokochasz wdzięk jego życia. Tak ja robię od mojego tu powrotu spod Tarnowa. Wynagradzam sobie czas stracony i mogę powiedzieć, że w części wynagrodziłem. Co przez ten czas uzbierałem, tego w zupełności słowa nie wydadzą. Podzielę się tym, czym się podzielić mogę.
Pasterstwo w Tatrach ma swoją organizację; kilka więc słów o tej organizacji.
Dłuższa zima w Tatrach niż w górach niższych, jałowość Tatrów, a nawet w porze płodniejszej rzadkość pastwisk, czyli polan, zmuszają największą część Podhalan szukać swojemu dobytkowi pożywienia letniego w oddaleńszych miejscach, w przedgórzach; jest to konieczne dla handlu nabiałem, a mianowicie serami, który jest najważniejszy dla Górali. Na ten cel każda wieś ma kilku lub kilkunastu gospodarzy porządniejszych, przedsiębiorców niejako, trudniących się przez lato wyłącznie tym przemysłem; jednemu więc z nich na mocy układów, pewna liczba mieszkańców powierza swoje bydło. Jego już jest powinnością wyżywić trzodę, zebrać nabiał, robić sery itd. Taki naczelny pasterz zowie się baca. Ma on do pomocy w tym gospodarstwie kilku lub kilkunastu pasterzy od niego zależnych, poddanych jego kierunkowi, którzy się zowią juhasami. Jest to zazwyczaj najdorodniejsza młodzież. Ich obowiązkiem paść powierzoną im trzodę, pilnować jej, opatrywać ją, doić krowy, owce i kozy, ważyć żentycę, urządzać masło, robić sery itp. pod kierunkiem bacy, który jest naczelnym wodzem juhasów i trzody, a pełnomocnikiem odpowiedzialnym przed właścicielami powierzonego mu dobytku. Baca też zawiera umowy o polany bądź z właścicielem jakiej wsi, bądź z gromadą. Osnowa umowy jest zwykle ta, że mu wolno jeżeli ma do czynienia z gromadą, wypasać swoją trzodę po wszystkich polach, łąkach i lasach w obrębie tej wsi, a po całej własności prywatnej, jeżeli ma do czynienia z prywatnym właścicielem. Zresztą różne są rodzaje tych umów, stosownie do zobopólnego przyzwolenia obu stron. Właściciel ma prawo oznaczać miejsca na koszary, czyli nocne stanowiska dla trzody, według tego jak chce sobie użyźnić pewne miejsca nawozem trzody. Stosunek jest często kilkunasto- a nawet kilkudziesięcioletni, dlatego pośrodku podobnych wypasów stoi porządna drewniana budowa; służy ona bacy za dom, juhasom za przytułek, tam nadto składają się wszelkie naczynia pasterskie, urządza się i przechowuje nabiał; jest to zarazem mieszkanie, fabryka, magazyn, a nawet sklep handlowy. Budynek ten zowie się bacówka, czasem szałas lub koliba. Jest on zwykle porządny, z dobrego i gładko obrobionego drzewa, jak wszystkie domy Góralów, o jednej lub dwu izbach, o jednych drzwiach; okien nie ma prawie żadnych. Pośrodku bacówki leży wielki kamień, na którym roznieca się ognisko, pod ścianami łóżka ze mchy i paproci, naczynia do nabiału lub z nabiałem są rozmieszczone po półkach lub rozwieszone po ścianach.
Życie zwyczajne pasterzy podczas letniego koczowania jest bardzo skromne; całym ich pokarmem chleb i nabiał, a głównie żętyca, czyli przeważona mieszanina mleka wszelakiego rodzaju. Jest to rodzaj serwatki, tylko bez porównania smaczniejszej, gęstszej i posilniejszej. Własność jej, lecząca z osłabienia ciała przez wycieńczenie, znana jest sąsiadom Karpat. Z początku sprawia rozwodnienie żołądka, ale po dniach kilku zaczyna wzmacniać i tuczyć. Psy pasterskie nie znają także innego pokarmu, tylko żentycę, i mają się jak najlepiej.
Niekiedy, wyjątkowo, wyprawiają sobie juhasy pasterskie uczty. Dzień to zwykle świąteczny, a pora nocna, kiedy trzoda odpoczywa już zamknięta w koszarach. Wówczas dopiero jest na stole i mięso, wódka krąży w kieliszkach; wówczas przy śpiewach i muzyce ma tez miejsce i taniec. A jak ta zabawa jest prawdziwą zabawą, można to pojąć przeniósłszy się myślą w kraj równie piękny, pod niebo równie wypogodzone,  w dusze równie swobodne.
Życie to pasterskie rozpoczyna się powszechnie w pierwszych dniach czerwca, a zamyka się pierwszych dni września. Przez cały ten czas Podhale przedstawia widoki nie znane krajom równym, o których nie można mieć prawdziwego wyobrażenia, nie dotknąwszy ich własnymi zmysłami.
Ile tylko roślinne państwo ma płodność pod tchnieniem wiosny, ile tylko życia i uroku może mieć pasterstwo, wszystko to w owych trzech miesiącach zalewa tę okolicę.
Wiosna pełna objawia się właściwie dopiero w końcu maja, za to też objawia się od razu pełniej niż gdziekolwiek indziej. Roślinność przytłumiona długim zimnem, rozwija się w dwójnasób szybciej i bujniej; zaledwie można się postrzec na jej przejściu z martwoty do pełnego życia. Cała okolica wychodzi od razu w swoim stroju świątecznym, wiosennym, jak kobieta ze swojej gotowni; uderza cię tym mocniej, że nie byłeś świadkiem jej ubierania się.
W owych to dniach ostatnich maja rozpoczyna się pasterska wędrówka Górali i rozlewa się z głębi Tatrów na kraj okoliczny. Ruch ten prześliczny podnosi jeszcze bardziej młode życie przyrody. Miałem radość być jego świadkiem, a z miejsca nieraz takiego, żem go ogarniał spojrzeniem w części jego najważniejszej.
Widzisz naprzód, jak w oddaleniu, z ciemnej głębi Tatrów wysuwają się ciemne karawany, nie rozpoznane jeszcze, powoli zbliżają się ku tobie, coraz wyraźniejsze, coraz ogromniejsze, wkrótce kupią się wszystkie w dolinie, zalewają jej przestrzeń, przesuwają się po niej; zaczynasz rozróżniać w tym tłumie ludzi, konie, bydło wszelkiego rodzaju, wozy naładowane różnymi sprzętami; po pewnym czasie tłum ten zaczyna się rozdzielać na różne drogi, w różnych kierunkach; każdy oddział zmierza ku przedgórzom, aż póki wszystkie nie znikną w setnych wąwozach; ale za tom jutro widzisz już wszystkie góry, lasy polany zaludnione trzodami; słyszysz ze wszystkich stron dzwonki zawieszone u szyi bydląt; zewsząd uderza cię granie fletów, skrzypców, ze wszystkich szczytów rozlega się śpiew pasterzy i pasterek, a dzikie skały odpowiadają ich hukaniu.”

 

Maria Steczkowska „Obrazki z podróży do Tatr i Pienin” 1858

Maria Steczkowska – krakowianka, nauczycielka w szkole podstawowej w Zakrzowie, turystka. Do Zakopanego przyjeżdżała z rodziną przez kilkanaście lat, począwszy od roku 1854. Odbyła wiele wędrówek po Tatrach, zarówno pod opieką przewodników jak i samodzielnie. OBRAZKI Z PODRÓŻY DO TATR I PIENIN wydała anonimowo w 1858 roku w Krakowie. Praca ta jest źródłem różnorodnych informacji o Tatrach i okolicy.

 
„Gospodarstwo górali co do bydła całkiem się różni od naszego, co jest naturalnym miejscowości wynikiem. Niepłodne i jałowe grunta tutejszych osad nie mogą wyżywić licznej ludności osiadłej w dolinach u stóp Tatrów, tego gniazda śniegów i lodów, zimnym oddechem swoim mrożących długo biedną ziemię. Gdy u nas pola zielenią się oziminą, łąki wdzięczą kwieciem, liściem stroją drzewa, tu jeszcze zimno, smutno, nago i obdarto. W czasie przejazdu naszego owies dopiero się wysypywał w Zakopanem; w Bukowinie, wsi znacznie wyżej i bliżej wynioślejszych gór położonej, wyglądał tak, jak u nas kilka tygodni po zasiewie. Gdzie więc ziemia nie wystarcza na wyżywienie człowieka, trudno myśleć o utrzymaniu bydła. Ale Opatrzność , udzieliwszy tak skąpo chleba biednym góralom, nie odmówiła im tak zdrowego i posilnego pokarmu, jakim jest mleko; owszem dała im go w większej obfitości i bez porównania lepsze niż na równinach. W głębi tych samych Tatrów, których sąsiedztwo jest tak zgubne dla rolnictwa, rozścielają się polany czyli łąki górne w krainie lasów położone, a nad niemi hale czyli łąki alpejskie, położone już powyżej górnej granicy kosodrzewiny. Jedne i drugie najwyborniejszej dostarczają paszy. Tamto więc wypasają się przez lato górskie owce, krowy, a nawet i konie; z polan zbierają siano na zimę, zwykle długą i przykrą. Polany te są albo pańskie, lub też należą do zamożniejszych gazdów czyli gospodarzy, od których nieraz mają nazwiska. I tak: polane należącą do Królów, zowią Królową; rozległą halę za Magurą, a nawet i stawy w jej pobliżu leżące, nazwano Gąsienicowymi, od rodziny Gąsieniców, do której wspomniana hala od dawnych czasów należy, i t. p.
Oto sposób, w jaki Podhalanie użytkują wspólnie z tego prawdziwego dobrodziejstwa Opatrzności. Za nadejściem wiosny w górach, to jest około św. Jana, z każdej wsi w Nowatorszczyźnie, choćby o dwie i trzy mile od Tatrów odległej, wybierają gazdę powszechne mającego uznanie, i jemu powierzają bydło, szczególniej owce, układając się przy tem, ile ma oddać sera właścicielom. Taki naczelny pasterz zowie się Baca; on układa się z właścicielami polan, przybiera sobie do pomocy pasterzy zwanych Juhasami, zwykle najdorodniejszych z młodzieży góralskiej, i na lato rusza w góry. Jeden Baca ma zawsze kilkaset owiec sobie powierzonych. Takie karawany, mając z sobą duże psy owczarskie, ciągną wesoło z każdej wsi na przeznaczone sobie polany. Za przybyciem na miejsce poprawiają przeszłoroczny szałas, lub stawiają nowy. Jest to nizka budowa sklecona z okrąglaków, przedzielona na dwie części. W pierwszej jest nigdy nie gasnące ognisko, nad którym wisi miedziany kocioł do ogrzewania mleka na sery; tu także sypiają juhasy na gołej ławie lub na ziemi około ognia. W drugiej przegrodzie stoją czyściuteńkie naczynia potrzebne do nabiału, konewki, skopki, faski, dzieżki; tu także obsuszają świeżo zrobione sery. Owce i krowy przez cały dzień pasą się na polanie lub w hali, spinają się po urwiskach i stromych pochyłościach z dziwną zręcznością i ostrożnością. Owce wychodzą na takie wysokości, że patrząc z doliny, wydają się jakby mrowisko, którego poruszenia zaledwie najbystrzejszy wzrok dostrzedz potrafi. Czasem zdarzają się przypadki, że biedne bydlę złamie nogę lub spadnie w przepaść i zabije się na miejscu. Na noc owce zostają pod gołym niebem w ogrodzeniach koszarami zwanych, a juhasy z psami pilnują, bo wilki czasem zachodzą. Krowy spędzają do stajenek przystawionych do szałasu, miejscami, a mianowicie w Beskidach, kolibą zwanego. Takie nocne koczowiska bydła posuwają się coraz dalej i tym sposobem nawozi się i użyźnia cała polana. Juhasy doją owce w początkach lata, gdy pasza jest obfitsza, trzy razy na dzień; później już tylko dwa razy t. j. rano i wieczór. Koło krów chodzą dziewki, kucharkami zwane. Mleko owcze wlewają do dzieży i wpuszczają do niego troszeczkę podpuszczki, za pomocą której ser oddziela się od serwatki, a ta serwatka przegotowana w kotle jest ową żentycą, której zbawiennych skutków już tylu chorych doznało. Jest ona dosyć gęsta, żółtawa, słodka, bardzo smaczna i tak posilna, że juhasy nią jedynie i mlekiem żyją przez kilkanaście letnich tygodni. Przeszło kwartowy skopek żentycy, u górali gieletą zwany, wystarcza na jedno pożywienie. Słyszałam jednak w szałasie od juhasów, iż nie wszystkim zpomiędzy nich służy żętyca. Psy się tu także mają doskonale; razem z panami swymi zajadają mleko i żentycę; wyglądają też jak utoczone. Dla chorych cedzą żentycę, przez co oddzielają się drobne gruzełki sera mniej strawne dla żołądka słabego, i zostaje czysta serwatka. Widząc juhasów w czarnych jak węgiel, tłuszczem napuszczonych koszulach, trudnoby się spodziewać tej czystości, jaką znaleźć można w każdym szałasie. Byłam w kilku i wszędzie największy widziałam porządek tak w naczyniach, jak i w robocie około nabiału. Nim baca do roboty około sera się zabierze, po kilka razy w czystej wodzie jak najstaranniej ręce po za łokcie obmywa i czystą płachtą obciera, włosy na głowie ogarnia i pilnie przestrzega, aby wiatr nie naniósł mu popiołu lub prochu do mleka. Część sera według umowy oddaje baca właścicielom owiec.
Szczególne są warunki tej umowy i sposób jej zawierania. W parę tygodni po wypędzeniu owiec w góry, gazdowie będący ich właścicielami, przychodzą na polanę i każdy doi swoje owce, po czem mierzy patyczkiem głębokość mleka w przeznaczonem na to naczyniu; jedna taka miara zostaje w szałasie, drugą zabiera gazda. Po upływie kilku tygodni, przez które owce zostają na polanie, przystępują do porachunku następującym sposobem. Nalewają w owo naczynie wody do tejże wysokości, do jakiej dochodziło mleko; waga tej wody służy im za jednostkę, którą nazywają wodą. Baca oddaje tyle funtów sera, ile umówiona liczba wód zaważy. Gdy wiosna jest wczesna i ciepła, pasza obfita, bacowie oddają po 10-11 wód; skoro przeciwnie śniegi i mrozy długo trwające nie sprzyjają wzrostowi trawy, albo lato jest słotne, zaledwie mogą oddać 8 wód. Reszta sera będąca własnością bacy jest raz jego zapłatą, którą dzieli się jeszcze z juhasami, dając im tygodniowo umówioną ilość sera. Prócz tego jak mi powiadano, bierze baca cały podój z trzech dni dowolnych, a każdy z juhasów z dnia jednego. Żentyca sprzedawana dla chorych lub gdy się gość jaki nawinie, należy do niestałych dochodów bacy. Ser ugniatają w bruski czyli krążki po kilka funtów ważące, albo oszczypki podobne z kształtu do małych baryłek, robione w formach drewnianych rzniętych w różne wzory wyciskające się na serze. Po zrobieniu moczą serki w wodzie nasyconej solą, a gdy nasłonieją obsuszają je na wolnym powietrzu lub nad ogniem. Tak sery jak bryndzę, którą gazdowie robią w domu ze świeżego sera odebranego od baców, sprzedają na jarmarkach w Nowymtargu i Czarnym Dunajcu. Gdy nie staje paszy na jednej polanie, baca przenosi się ze statkiem (bydłem i owcami) na drugą, a w końcu sierpnia wracają wszyscy do domu.



 Eugeniusz Janota „Przewodnik w wycieczkach na Babią Górę, do Tatr i Pienin” 1860
Eugeniusz Janota – ksiądz katolicki, germanista, przyrodnik, krajoznawca, współzałożyciel Towarzystwa Tatrzańskiego. W oczach współczesnych uchodził za jednego z największych znawców Tatr. Wraz z towarzyszami dokonał pierwszych znanych wejść na Świnicę, Granaty i Przełęcz Szparę (między Krótką a Krywaniem). W trakcie górskich wędrówek prowadził również pomiary wysokościowe. Ponadto miał bardzo szerokie zainteresowania związane z przyrodą, etnografią i historią. Efektem tych zainteresowań były liczne publikacje naukowe i artykuły popularyzujące tematykę tatrzańską. W 1860 roku uzyskał doktorat na Uniwersytecie Jagiellońskim na podstawie pracy PRZEWODNIK W WYCIECZKACH NA BABIĄ GÓRĘ, DO TATR I PIENIN. Jest to pierwszy polskojęzyczny przewodnik tatrzański

.„Spód i boki najniższej części dolin zajmują lasy. W pierwszej i drugiej części dolin leżą polany, tojest łąki alpejskie z bujną roślinnością, przeznaczone do koszenia, odbywającego się na północnej stronie Tatr przy końcu lipca lub na początku sierpnia. Trzecia, najwyższa część dolin należy do hal, tojest do pastwisk alpejskich wypasanych latem owcami, krowami i końmi.”

„W ogóle niekiedy dosyć trudno dowiedzieć się nazw w Tatrach; wiedzą je najlepiej starzy leśni i sami właściciele polan i hal, ale tylko w obrębie swego dozoru lub własności. Na objaśnienia juhasów spuszczać się nie można, bo mianowicie młodzi zwykle sami nic nie wiedzą, albo wiedzą bardzo mało.”

„Cały obszar Tatr nowotarskich należy do sześciu wsi u ich podnóża rozłożonych i obejmuje przeszło 6 mil kwadratowych”

 
 

Walery Eliasz „Szkice z podróży w Tatry” 1870

Walery Eliasz – malarz i grafik, autor przewodników tatrzańskich, popularyzator Tatr i Zakopanego, wybitny działacz Towarzystwa Tatrzańskiego. Swoją przygodę z Tatrami rozpoczął w 1860 roku a kilkanaście lat później, jako pierwszy „gość”, wybudował sobie dom przy Krupówkach. Zasłynął jako autor ILUSTROWANEGO PRZEWODNIKA DO TATR, PIENIN I SZCZAWNIC, z którego przez blisko pół wieku korzystali odwiedzający Tatry turyści. Poza tym publikował w prasie liczne opisy swoich wędrówek tatrzańskich. Do takich opisów należą właśnie SZKICE Z PODRÓŻY W TATRY, które zamieszczono w 1870 roku w czasopiśmie „Bluszcz”.

„Schodząc w dolinę, napotkaliśmy dwu młodziutkich juhasów, prowadzących konie z obońkami napełnionemi mlekiem wiezionem do wsi. Przez jednego z nich przesłałem żonie pozdrowienie już spod turni, oraz poleciłem przygotowanie do wycieczki na następny dzień, bo pogoda zdawała się ustalać po długiej słocie. W dolinie zostawiliśmy za sobą całą osadę szałasów i szop coraz bardziej się tu pomnażających, zwróciwszy się w lewo ku wschodowi w las”

„Tu na pochyłości Żółtej Turni spotkaliśmy gromadkę owiec z juhasem, jak się często przytrafia okaleczonym w nogę. Dla zaoszczędzenia kierpców łażą pasterze boso za owcami po ostrych kamieniach i tym sposobem zbijają sobie palce u nóg albo i same stopy”

„Do Roztoki zejście z Wołoszyna wydaje się niepodobieństwem, lecz z Krzyżnego do dolinki Buczynowej, a ztamtąd ponad Siklawę można przejść, chociaż nie najlepiej. Właśnie w tych miejscach na zboczu turni buczynowych pasły się owce, szczekanie psów, wołanie juhasów i świstanie było słychać do nas na Wołoszynie”

„Przewodnik miał ochotę wstąpić do szałasu w Pańszczycy dla żętycy, jak przyrzekliśmy po drodze napotkanym przed południem juhasom, lecz nie udało się nam go odnaleźć wśród gęstej mgły, a później grubego deszczu”

„Od Zielonych Świątek do Matki Boskiej Zielnej tchną Tatry życiem. Natura jest w rozkwicie, a po halach ludno. Hale należą do rodzin góralskich z całego Podhala, rzadko bardzo do właścicieli dóbr. Bywa, że do jednego pastwiska mają prawa gazdowie z różnych wsi; pochodzi to od żenienia się, gdy gazda za żoną w posagu odziedzicza przywilej paszy na tem lub owem pastwisku. Takie jednak osady pasterskie po halach zwane bacówkami istnieją w zupełnej od drugich niezależności; dla tego mylił się Wincenty Pol w Obrazach z życia i natury, mówiąc, że hale w Tatrach wszystkie mają nad sobą zwierzchnika.
Baca na szałasie jest najwyższym zwierzchnikiem całej osady pasterskiej i wcale się innemi bacami nie zajmuje, rzadko ich znajomość albo jakie stosunki łączą, bo hale po całem Podhalu mają rozrzuconych właścicieli. W dolinie n.p. Kościeliskiej hala Pyszna należy do Klikuszowej, wsi położonej na stokach Beskidów, cztery mile od Tatr odległej, a sąsiednia hala Smytnia w tej samej dolinie należy do Miętustwa, wioski przed Czarnym Dunajcem; Zakopianie zaś jako potomkowie rodziny Gąsieniców posiadają dla paszy dolinę Gąsienicową itd.
W górach właściwie wiosny nie ma, bo w maju gdy śniegi stopnieją, naraz robi się lato. Bydło na paszę w hale wypędzają koło Zielonych Świątek, odbywa się to z wielką uroczystością. Drożynami z całego Podhala ciągną jak karawany w Tatry pasterze z owcami, krowami, końmi i wszelkim sprzętem, psy owcze białe z rasy Liptowskiej pilnują by się owca z gromady nie wydzieliła. Na rześkich konikach wierzchem jedzie starszyzna pasterska; co roku obieralny baca dobiera sobie juhasów t.j. pasterzy których ma żywić przez całe lato i dać każdemu ser z jednego podoju wszystkich owiec na hali. Kierdle t.j. liczą różną liczbę, od kilkudziesięciu bywa ich do 600 sztuk na jednej hali, roboty przy dojeniu dużo, a gazdowie właściciele owiec według umowy z bacą za czas paszy na hali dostają pewną liczbę funtów sera. Ser wyrabia sam baca i on odpowiada za całość powierzonego mu dobytku, juhasi mają zaś obowiązek paszenia owiec, dojenia i wszelkiej posługi na szałasie. Gdy owca zaginie baca i juhasi winni zwrócić właścicielowi wartość straty; jeżeli się gdzieś w turniach zabije, ale owcę znajdą, to skóra z wełną przypada właścicielowi, a mięso pasterzom. Zależy to jednak od dobrej woli lub umowy górali, gdyż łakomy gazda i za mięso każe sobie zapłacić. Bal to i uczta na szałasie, gdy się im trafia mięso, które warzą w żętycy, ale zdarza się najczęściej śmierdzące, bo nie zawsze się im uda zaraz odszukać zguby, to nie zniechęca jednak szałaśników do pożywania z radością i smakiem przypadkowego daru Bożego.
Bydło w górach, zdarza się, że ginie w czasie paszy. Owce, krowy, woły, konie zalazłszy gdzieś w miejsce, zkąd się wydobyć nie mogą, przy usiłowaniu wydostania się spadają w przepaść zdruzgotane na miazgę. Ze skał Kościelca ponad Czarnym Stawem dwa woły się raz stoczyły, z których na dole znaleziono bryłę mięsa z kamieniami. Po spędzeniu owiec na podój przed szałasy juhasi zawsze liczą ich ilość, aby wcześnie się zguby dopatrzeć i jeźli się da odszukać. Bywa bowiem, że owca zabłąka się w przepaściste turnie i nie ma jak wrócić, to znów czasem skaleczy nogę, więc beczy wołając o pomoc i znosić ją trzeba.
Jak konie, woły, tak i barany pasą się samopas po górach zupełnie zostawione Boskiej Opatrzności. Barany, żeby gdzieś nie zaszły w inne strony, sprowadzają górale w takie miejsca, do których jedna ścieżka wiedzie, a tę zastawiwszy w spokoju je zostawiają, czasem przeliczając dla kontroli. Zowie się to zostawianiem baranów w górach „zacinaniem”.
Z ludzi pochłonęły już Tatry pewną liczbę; z podróżnych wiadomo mi tylko o jednym wypadku bo ci zwykle ostrożnością się odznaczają w przeciwieństwie do górali lekceważących sobie niebezpieczeństwa, zatem pasterze tę nieszczęsną kronikę śmierci. Łażąc ciągle z owcami dla paszy po urwiskach nabierają wielkiej śmiałości, której nadużycie przyprawia ich o utratę życia lub zdrowia. Przy zwiedzaniu gór wdając się w rozgowory z szałaśnikami, wszędzie napotkałem wspomnienia smutnych wydarzeń, a nawet zdarzyło się mi pokaleczonych świeżo oglądać. W Czerwonych Wierchach koło skały zwanej Ratuszem zginęła dziewczyna i dopiero pies leśnego odnalazł już z niej kości. W dolinie Pięciu Stawów śnieg spadły w lecie przeciął powrót kilku jagniąt, które się zabłąkały w Turniach Buczynowych. Poszedł po nie juhas ale przy sprowadzaniu spadł tak gwałtownie, że go pas gruby skórzany szeroki, którym się o skałę zaczepił od śmierci nie ochronił. Potargane straszliwie zwłoki odnalazł drugi juhas i tam nanosiwszy żwiru, pogrzebał…
Gdy trawa w górach pożółknie, traci pierwiastek pożywny dla owiec, następują żniwa we wsiach, schodzą pasterze z hal z owcami i krowami, konie tylko i woły zostają na pastwiskach do jesieni. W końcu wszystko w doliny schodzi, góry stoją pustką, jedynemi ich mieszkańcami bywają tylko dzikie kozy, zwane kozicami i świstaki, małe zwierzątka.”

„Ciągłem dążeniem pod górę trochę już utrudzeni radzi byliśmy, gdy się nam z pośród drzew grzbiet Przysłopu (4276’) pokazał a nim wąską ścieżką przez bujną łąkę dotarliśmy do szałasu, przybycie gości oznajmiły psy całej osadzie Miętusiańskiej. Owiec przy szałasie nie było, juhasie je popędzili w turnie na paszę, jedynie jagnię słabe pasło się koło szałasu, uwiązane na długim sznurku. Z szałasu uchodził dym z dogorywającego ogniska, bo już żętyca była odgotowana, i ser zrobiony; baca i kilku juhasów na gawędzie przy fajeczce czas spędzali, gdy nas usłyszeli, wyszli na powitanie.
Bacował wtedy na Miętusiej hali Klimas Miętus, gazda z Miętustwa, wsi koło Czarnego Dunajca, idealny typ górala tatrzańskiego. Młody, może 27 lat liczący, potężnie zbudowany, rozumny, gdyż przebył kilka klas gimnazjalnych, żołnierz powstania r 1863. o czem z chlubą wspomina, przyjął nas z szczerością właściwą naszemu ludowi a grzecznością miejską. Spotkanie takiej postaci wśród ludu, wśród turni chwyta za serce, rozmowa żwawa i ochocza rozwinęła się prędko. Mój towarzysz Władysław Cz. uczestnik ruchu z roku 1863 tem bardziej się uradował, znalazłszy tu gdzie się tego najmniej spodziewał, kolegę z szeregów narodowych. Gościł nas baca, czem mógł, serem i żętycą, a my jego cygarami i tytoniem, bo i ja, chociaż nie palę narkotyku wschodniego, jadą w Tatry zaopatruję się w tytoniowy materiał, gdyż górala niczem tak nie uraczy jak cygarami lub tytoniem. Juhasi, cośmy ich w szałasie zastali, byli już lat podeszłych, młodsi łażąc za owcami hukali sobie po turniach. Odgłos przeciągłych okrzyków „uuu…cha!” rozlegający się po skałach powtarza się, ma to coś w sobie nader oryginalnego, zupełnie odpowiedniego dzikiej górskiej przyrodzie, dodawszy do tego szczekanie psów, brzęk dzwonków zawieszanych u szyi owiec, utworzy się mowa turni w czasie lata, gdyż w innej porze głuchą ciszę przerywa jedynie poświst wichru lub huk burzy.
Po krótkiej pogwarce ruszyliśmy dalej, żegnani przez pasterzy szczeremi życzeniami szczęśliwej drogi w dzisiejszej wycieczce.”

Opracował: Jan Krzeptowski Sabała


«« Powrót do listy
    Drukuj     Wyślij znajomemu    Ilość odwiedzin   8081

POZNAJ TATRY Copyright © MATinternet s.c. - Z-NE.PL - ZAKOPANE 1999-2018  ::  8000698 odwiedzin od 2007-01-09   ONLINE: 4